Z Archiwum Szwajcarskiego Jassu

No więc biegniesz, Maciek, wpadasz na peron w ostatniej chwili, dopadasz drzwi pociągu na trasie Zurych – Lugano, nie kupiłes biletu, nie starczyło czasu, ale u kanara kupisz, jeśli łaskawym  ci będzie.

Patrzysz, a tu miejsca zajęte, fotele klasy drugiej zapchane ludzmi niczym talerz IKEA eglifiletami, filecikami z okonia , które serwują chyba od zarania dziejów tej szwedzkiej sieci na szwajcarskiej ziemi. W ręce trzymasz czarną walizkę i nie zamierzasz jej puścić, ale unieść nad głowę nie potrafisz, bo ciężka. Przepychasz się z walizką pomiędzy stojącymi w przejściu ludźmi – entszuldigung, mersi filmol, entszuldigung nochmals. Przedzierasz się ocierając się o ludzkie spodnie, tshirty, włosy, tatuaże, spoconą skórę, aż na tył pociągu, tam gdzie rowery, tam gdzie małe rozkładane siedzenie, którego tymczasowo nikt nie zajmuje. Siadasz i patrzysz na bilet wstępu na festiwal jazzowy w Lugano. Pierwszy raz na takim festiwalu, a ty z jazzami, masz tyle wspólnego co z samochodami drogimi, czyli nic. No i zerkasz na czarną, dużą skórzaną walizkę i wiesz, że musisz jej pilnować, bo o tego zależy, czy transakcja zostanie dokonana.

Masz tylko jedną szansę, twój vabank, twoja przymiarka do słodkiego, miłego życia i pozostawienie za sobą orania w korpo, bo jak to śpiewał klasyk to szmal określa byt, a twój byt zależy od tej skórzanej walizeczki. Trzymaj tak.

Jedziesz pociągiem, Maciek i słuchasz Freddie Freeloadera na małym odtwarzaczu mp3 i to jest chyba jeden z niewielu kawałków jazzowych, które lubisz, ale pociąg chyba też go lubi i wystukuje podobny rytm przecinając szyny, zwrotnice, najpierw ku miastu Zug, potem Arth Goldau, a potem już prosto w sam środek tunelu Gotthard. Zamykasz oczy i jesteś na środku zuryskiej Langstrasse, która jak magnes przyciąga prostytytki, kolorowe ptaki, cały ten niepokorny element społeczny tonący w oparach trawy i duszący się dźwiękami latino, bo to już przeddzień festiwalu Caliente, ale nagle niewidzialna ręką przełącza przełącznik i cała ta Langstrasse staje, a ty razem z nią, a tonącą już w mroku ulicę zalewa trąbka Milesa Davisa i cały świat zamiera w miejscu i każdy na chwilę łapie oddech, wypluwa trawiany dym, otrząsa się z oparów alkoholu i trzeźwieje.

Nagle budzi cię kanar, nie masz biletu, przespałeś, a Miles Davis przestaje na chwilę grać. Tłumaczysz, iś habe fergesen, zapomniałem i że entszuldigung, mersi filmol, czy można by kupić teraz, ale szwajcarski kanar w wyłapywaniu gapowiczów i w egzekwowaniu braku biletu przeszkolony niczym żołnierz GROMu. Łaski, na którą tak liczyłeś nie zna.

Piszesz smsa, jadę już pociągiem do Lugano, będę do dwóch godzin. Odbierasz zwrotnego smsa, jakie Lugano kurwa, a ty odpisujesz, no, Lugano, festiwal jazzowy. JASSOWY, ja jebię, JASSOWY i żadne Lugano, skąd ci do głowy przyszło Lugano, odpisuje postać po drugiej stronie, a ty już skonfundowany i już prawie nie czujesz tego Milesa Davisa, bardziej to takie “Road To Nowhere” Talking Headsów. Gdzie to jest? – odpisujesz. IBACH! Miejscowość Ibach u podnóża Grosser Mythen, tam gdzie Victorinoxa siedziba, scyzorki, swiss army knife – odpisuje twój kontakt.

Entszuldigung, pytasz konduktora, który przed chwilą karę we frankach ci wymierzył, przepraszam, jak dojechać do Ibach. No, tu to musi pan w pociag powrotny do Zug albo lepiej do Arth Goldau, stamtąd busem do Ibach. Ale twój aktualny pociąg już w tunelu Gotthard, kolejna stacja Bellinzona. Myślisz, pieprzę to, wysiadam w Bellinzonie, pizzę zjem, widoki pooglądam, napiję się szwajcarsko-włoskiej kawy, co mi po tej walizce, co mi po szmalu, co mi po podniesieniu standardu bytowania i tak bytuję tu, jak palec, sam.

Dojeżdzacie do Bellinzony i wysiadasz, ale jednak poczucie obowiązku nie pozwala ci tu zostać, więc łapiesz zimną kawę z dworcowego sklepiku i biegniesz na pociąg na Zurych i jedziesz zugiem w kierunku na Zug. Włączasz znowu Frankie Freeloadera i próbujesz wczuć się w klimat, zamykasz oczy i wracasz na zuryską Langstrassę, ale już nikt nie przystaje, nikt się nie wycisza, zapadła noc, a dźwięki trąbki Milesa Davisa przykrywa dźwięk rzygających nastolatków, dźwięk klaksonów samochodów, dźwięk tłukących się szklanek i kufli w barach, zapach kebabów za dziesięć franków sztuka, zapach marihuany, skwasniały odór moczu. Otwierasz oczy i wracasz do rzeczywistości.

Wysiadka Arth Goldau, przesiadka na bus do Ibach. Dojeżdzasz do Ibach i masz już to poczucie prawie spełnionego obowiązku, tylko walizeczkę i zawartością przekażesz. Restaurant Rose, to tam mistrzostwa w jassie.  Co to jass? Sprawdziłeś w internetach i chodzi o popularną w Szwajcarii grę karcianą. Coś jak gra w tysiąca? Coś jak gra w pana? Nie łapiesz tych jassowych reguł, które z prawdziwym jazzem mają tyle wspólnego, że też ich rytm też pokręcony.

Wysiadasz tuż przy Restaurant Rose, tam już gwarno, tam już się dzieje. Podchodzi kelnerka i mówi coś w dialekcie, ty odpowiadasz szwarctee bitte, czarna herbatka, mersi filmol. Kelnerka przyniosi herbatkę w szklance na białym talerzyku, na którym jeszcze łyżeczka i cukier i małe ciasteczko na zakąskę. Siedzisz i gapisz się, gdy ludzie zbierają się do grania w jass, nie jazz, tu nie ma jazzu, tu króluje szwajcarska piosenka biesiadna.

Podchodzi Karol, twój kontakt. Siema Karol jestem, z Włoch, koło Warszawy. Masz to? No i dajesz mu walizeczkę, którą przetargałeś za sobą przez całą Szwajcarię. On otwiera, patrzy, ooo stary, jak nowy, to ile? Pięćset franków, czy opuścisz trochę? Schodzisz na czterysta pięćdziesiąt, bo trochę się dygasz, że nie kupi, a na co tobie na taki używany aparat do mikrodermabrazji diamentowej. Bierzesz szmal, który ma niby określić twój byt, Karol się zmywa i zostajesz sam, pośrod jassujących Szwajcarów.

Patrzysz na nich, może zagrasz partyjkę, może cię nauczą, może za kasę też można, może coś ugrasz. Nie ma już Milesa Davisa, jesteś ty, jest przesiąknęta pierwotną przynależnością, ze szwajcarska – urchig, restauracja, schowana pod dominującym nad miastem masywem Grosser Mythen i patrzysz tak na niebieskie oczy zgromadzonych wokoł Ciebie Szwajcarów i w końcu się przysiadasz. Kelnerka przynosi ci kawę ze sznapsem, a w restauracji rozbrzmiewa znany hit En Kafi mit Schnaps, en Jass ond en Stompe ghört dezue. 

 

 

Jedna odpowiedź do “Z Archiwum Szwajcarskiego Jassu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *