Wszystkie Dialekty Szwajcarii

Siedział osobno, przy małym drewnianym stole. Jego pracodawcy – rolnik Ueli z żoną i synem nie uznawali bratania się z podwładnym. Bułka z masłem i serem, która miała wystarczyć za kolację, smakowała równie nijako, jak każdego dnia, odkąd Mariusz przyjechał do Szwajcarii. Ueli zdecydowanie lubił wykorzystywać najemnych pracowników. Prawie tysiąc franków odciągał im na poczet wyżywienia, którego było mało i smakowało nijak – jakiś makaron z mortadelą, dżem, bułka, trochę sera. Pracy było dużo i była ciężka, tłukło się nawet po kilkanaście godzin dziennie, do oporu.

Ale tego dnia myśli Mariusza nie zaprzątała bylejakość szwajcarskiego bytu. Pod łóżkiem, w jego małym pokoju na poddaszu, pachnącej stęchlizną małej klitce, która musiała pamiętać dziewiętnasty wiek, czekała na niego niewielkich rozmiarów książeczka. Pamiętnik spisany przez Polaka, który przebywał tu przed ponad siedemdziesięcioma laty. Pamiętnik brata jego dziadka.

Mariusz dokończył szybko jeść i poszedł do siebie na górę. Jedyne, co go interesowało to pamiętnik. Otworzył na zaznaczonej wcześniej stronie i zaczął czytać:

Staliśmy tam, gdzie góra niczym krowi grzbiet, nad którym słońce świeci. To była brama do kantonu Glarus. Stamtąd nie pamiętam już dokładnie, ale kolega mówił, że trafiliśmy nad jezioro Klontal, stamtąd wędrując w kierunku Elm. To tam trafiliśmy małą chatkę w rejonie Elm, na zboczu góry, z której widać było potężne okno skalne Martinsloch.

Tu relacja urywała się, strony były zamazane i nieczytelne, stronę dalej tekst był już widoczny:

… krowie mleko dawało moc zrozumienia lokalnych dialektów. Kolega, który je wypił zrobił potem karierę polityczną w Szwajcarii, zmienił nazwisko. Ja nie wypiłem, bałem się. Uciekłem stamtąd, zostawiając go za sobą. 

Mariusz pochłaniał każdą kolejną literę pamiętnika. Decyzję podjał sporo wcześniej, teraz postanowił nie zwlekać. Krowa? Dająca mleko, które pozwoli zrozumieć każdy dialekt i odnaleźć się w tym kraju? To tak nierealne,  ale musiało w tym tkwić jakieś ziarno prawdy. Nie przyjechał tu, by wiecznie zasuwać u gburowatego Uliego. Miał plan. Znaleźć miejsce z pamiętnika. Odmienić swoją przyszłość.

Na zewnątrz zapadł już zmierzch. Mariusz odpalił wysłużonego Opla na polskich rejestracjach i ruszył. Do granic kantonu Glarus miał około stu kilometrów.

Znalezienie chatki przyszło mu szybciej, niż się spodziewał. Stała ona nieco ponad linią drzew. Tak,  jak w pamiętniku. Oparta o zbocze góry, z którego widać było słynne okno skalne Martinsloch. Nieco poniżej tego miejsca przebiegała regularna ścieżka turystyczna. Mariuszowi wydało się to wszystko nieco dziwne, miejsce o tak wielkim znaczeniu, będące na widoku, no, może nie do końca, ale wystarczyło przecież zejść tylko ciut z utartej ścieżki. Może w tym właśnie rzecz. W Szwajcarii nikt nie schodził z utartych ścieżek.

Wszedł do środka. Przywitało go niskie sklepienie, ściany zbudowane z kamienia i desek. W ścianę wbudowany był kominek , obok niego równo poukładane drewno na opał. Stół, krzesło. Na podłodze siano, nieco zaschniętego już błota. I wyraźny obrys… włazu? Mariusz podważył go nieco i zobaczył, że pod spodem krył sie niewielki tunel. Wszedł do środka.

Na końcu tunelu kryło się surowa, choć nieco umeblowana jaskinia. Na środku stał stół, na nim gęsto porozstawiane kubki, kubeczki, szklanki. Przy stole w podartym ubraniu siedział mężczyzna ubrany w tradycyjny szwajcarski strój. Mariusz zbliżył się do mężczyzny, po chwili – ku swojemu zaskoczeniu – odkrył, że to jedynie zmumifikowane zwłoki. Wtedy zza pleców usłyszał niski głos:

– A więc przyszedłeś po źródło językowej mądrości, napój, który sprawi, że posiądziesz władzę nad wszystkimi szwajcarskimi dialektami, a co za tym idzie bezbłędnie wtopisz się w lokalne społeczeństwo?

Mariusz obrocił się i zobaczył nad sobą ogromny krowi pysk i świdrujące go niebieskie, krowie oczy. O mało nie zemdlał. Krowa uśmiechęła się i rzekła:

– No, jak to, oczekujesz krowiego mleka, które pozwala rozumieć ludzką mowę w wielu wariantach, a nie zakładasz, że dawczyni tego mleka – ja, oto tu stojąca – zdolności porozumiewania się ludzką mową nie posiadam? Ooo, wstydź się! No, ale skoro już tu jesteś, to widocznie masz powód. Na stole stoją kubki, pomyślałam, że to może być całkiem zabawne, wiesz, w stylu tego filmu – Ostatniej Krucjaty Indiany Jonesa i  motywu z rycerzem, wybierasz zły kubek – tracisz życie, wybierasz dobry – zyskujesz nieśmiertelność. Ale, dziś nie mam siły na zagadki, wybieraj który chcesz, polecam ten z krzyżem szwajcarskim, jest całkiem zgrabny. No, i musisz mnie nieco wydoić.

Mariusz chwycił za kubek, wydoił nieco mleka i zaczął zachłannie pić. Pierwsze, co poczuł to uderzenie ciepła, potem zobaczył ferię braw, wreszcie zrozumiał, że nie jest już w jaskini na końcu tunelu w towarzystwie krowy, a unosi się wysoko ponad Alpami, przecina powietrze, frunie wprost do Martinsloch, a cała językowa wiedza spada na niego niczym delikatne krople deszczu muskające go w czasie lotu. Kolejne dialekty, jeden za drugim: zuryski, berneński, bazylejski, argowiański… ponad dwadzieścia kantonalnych dialektów i dalej tysiące lokalnych, używanych czasem przez góra kilkadziesiąt osób odmian języka niemieckiego. Siła uderzenia tego językowego daru jednak rosła, a kolejne dialekty uderzały już nie jak krople, ale wodospad, wprost do głowy Mariusza. Zaczął krzyczeć, prosić, żeby to się skończyło, ciśnienie rozrywało mu głowę. W pewnym momencie znalazł się z powrotem w jaskini z krową.

– Patrz – rzekła krowa – to ogryzek jabłka! Nazwij mi to proszę po szwajcarsku!

– Bäck, Bätschgi, Bätzgi, Bätzi, Bäxi… – Mariusz zaczął recytować we wszystkich dialektach, jakie przed chwilą poznał. Był w szoku, że może być aż tyle lokalnych określeń na zwykły ogryzek. Bitschgi, Bitzgi, Bixi, Bürzi, Butz, Butze, Buschgi… przez jego usta przechodziły kolejne słowa, a on nie potrafił tego powstrzymać. W końcu wszystko ustało. Zostali tylko on i krowa.

– Masz teraz zamiar zrobić coś z tym darem? – zapytała krowa.

– Żebyś wiedziała, że tak… – odpowiedział bez wahania. Daj mi jeden dzień.


Rolnik Ueli – masywny chłop grubo po pięćdziesiątce leżał, gdy nad jego łóżkiem pojawił się cień. Ueli lekko się poruszył i kątem oka dostrzegł wysoką postać, o sylwetce, która – mimo ciemności – wydała mu się bardzo znajoma.

– Gruezi, Ueli – usłyszał słowa wypowiadane w dialekcie, który mogła znać tylko jego własna rodzina. Nie był to jednak nikt z krewnych, tego był pewien. Głos kontynuował:

– Wiesz Ueli, Szwajcaria to piękny kraj pełen przyjaznych ludzi, niestety mieszkają tu także pasożyty, takie jak ty, chełpiące się słynnym szwajcarskim etosem pracy, w rzeczywistości jednak żyjące z pracy innych, wyciskające z nich ostatniego rappena, karmiące resztkami. Nadal cieszysz się, że jesteś panem czyjegoś życia, bo tamci są w sytuacji bez wyjścia? Wiesz, mój drogi – to początek końca tego całego gówna. Ale nie mówimy o agresywnym rozwiązaniu sprawy, powiedzieć ci, co sprawdza się najbardziej? Perfekcyjne wtopienie się w tutejszą rzeczywistość, a moc władania dialektami jest pierwszym i najlepszym narzędziem, spychającym inne metody na dalszy plan. Wiesz, jak to zrobię? Zostanę wysłuchany. Ci wszyscy, którzy z braku znajomości języka nie potrafili się bronić, właśnie zyskali kogoś, kto pomoże im wyciągnąć te smutne historie wyzysku i ich oprawców na światło dzienne. W każdym możliwym dialekcie, w każdym możliwym miejscu. Po tym wszystkim nic już nie będzie takie jak przedtem. Tak więc, drogi Ueli, zapasiony leniwy wieprzu ze podalpejskiej doliny, szykuj się…

Twoja historia będzie pierwsza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *