Wędkarze Alpejscy

– Bierze! Bierze! – nieśmiało podnosi głos Michał i zacina wędką. Poszło! Coś się tam złapało, wyciągamy, ale z naszej kolacji nadal nici. To Egli, okoń, ale taki mizerny, jak i pogoda, która zastała nas nad jednym z najpiękniejszych miejsc w Szwajcarii – Kloentalersee.

W IKEA porcja Egli z frytkami za 12 franka, zdążymy może obrócić tam i z powrotem, zjeść, posilić się przed nocą. Ale to tylko taki nieśmieszny żart, tkwimy daleko od cywilizacji, umorusani błotem otaczającym jezioro. Jest ciche, leniwe sobotnie popołudnie. Szwajcaria to dość spokojny, może także nieco leniwy w nastroju kraj, ale tu ten nastrój się potęguje. Tylko my, jezioro i prawie nic więcej.

Nasze namioty zdążyły już przemoknąć, dziewczyna z żółtego namiotu już spakowana. Ona, my, jeszcze jedna grupa kolesi – wysportowane młode byki i jakiś młody Szwajcar z domku kampingowego – to praktycznie całe towarzystwo na tutejszym kampingu. Francuz z poprzedniego wieczora gdzieś zniknął. Ten, który dołączył do nas pod prowizorycznym, drewnianym zadaszeniem, gdzie my, niemal jak polscy Samarytanie daliśmy mu i jadła i napoju. Szklaneczkę whisky i bratwursta.

Zerkam na Jędrzeja, który błyskawicznie nabija dżdżownnicę na haczyk, zarzuca wędkę i cierpliwie czeka. Nad Klöntal nadciągają tymczasem kolejne chmury, część z nich opada ku niecce doliny i zakrywa częściowo jezioro. Nikt, kto byłby tu teleportowany, dajmy na to z Polski, nie zgadłby, że jesteśmy jedyne 100 kilometrów od Zurychu. Mogliśmy pić piwo w barze Wings – tym stworzonym po upadłości Swiss Air przez jego pracowników, mieszczącym się przy Limmatquai, które każdy wymawia Limmatkwai, podczas, gdy mówi się – czego sam długo nie wiedziałem – Limmatke. Tymczasem jesteśmy w alpejskiej głuszy, w środku kantonu Glarus.

Na haczyk próbuję nałożyć lepione kulki z zanętą, ale prawdziwy wojownik trzciny nabija robaka. Jędrzej podaje mi więc słoiczek z wijącymi się dżdżownicami, ale ja z lekkim obrzydzeniem sięgam do środka i wyciągam jedną z nich. W końcu udaje się nabić, zarzucam wędkę, spławiczek świruje to  górę, to w dół. Po chwili się uspokaja. Czekamy.

Szwajcarka z żółtego namiotu poprzedni wieczór przegadała z tym chłopakiem z domku kampingowego. Chyba fajnie im się gadało i ogólnie zaczeliśmy zakładać się, czy do domku ją zaprosi, ale nie, nie zaprosił. Ona wróciła do swojego małego namiotu, zalanego już strugami deszczu. On do ciepłego, a z całą pewnością suchego domku. Nie było romantycznej historii, obyło się bez uniesień. Miła rozmowa i dobranoc.

Spławiczek tymczasem coś się poruszył i – tak, to chyba TO. Zacinam, kołowrotkiem kręcę raz i dwa, trzy i cztery, tra ta ta. Jest! Malutki okoń. Za malutki. Musi wrócić do jeziora.

Patrzę na niego, ściągam z haczyka i wypuszczam.

To było niecały rok temu. Teraz siedzę w piwnicy gapiąc się na wędkę, którą dostałem dwa tygodnie temu od przyjaciela. Kompletnie nie wiem, jak to wszystko poskładać do kupy, a tamten wyjazd do Klöntal pozostawił tylko rozmazane fragmenty wspomnień, niczym pojedyncze zdjęcia pstrykane kiepską podróbą Polaroida.

Czuję, jak coś ściska mi gardło, próbuję łapać oddech, więc wybiegam na górę, do ogrodu. Nabieram powietrza, zamykam oczy i staram się wyregulować oddech. Myślę o tym małym okoniu, którego wypuściłem wtedy do jeziora i wiem tylko jedno: potrzebuję wakacji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *