Trudy Szwajcarskiej Spontaniczności

Czynność, która w Polsce uchodziła za tak banalną, że nie warto poświęcać jej większej uwagi i której wykonanie poprzedza z reguły proste pytanie z kilkoma opcjami – idziemy na piwo/kawę/do baru/na drinka? – tu w Szwajcarii rozrastała się do rozmiarów całego rytuału i to było coś, do czego Weronika nadal nie mogła przywyknąć. Wyjście na kawę? Ależ oczywiście! Ale planowane z trzytygodniowym wyprzedzeniem, poprzedzone zaproszeniem pisemym, wręczanym na poduszeczkach przez dzieci ubrane w tradycyjne dla danej gminy stroje i tańczące do dźwięków rogu alpejskiego, wyjście oczywiście zaplanowane co do minuty, o której, dokąd, co na miejscu, jak długo na miejscu, jak powrót, kiedy powrót.

Stąd też niespecjalnie można się było dziwić niezdarną obroną Petry, kiedy ta po raz kolejny dostawała pytaniem od Weroniki na odlew w pysk. Nie no, na drinka, dziś? Do Zurychu!? Ale nie umawiałyśmy się? No i do Zurychu? Nie w Aarau, w Altstadt nieopodal kliniki Hirslanden taka mała, włoska restauracyjka, tam możemy napić się AperolSpritz, jeśli już tak bardzo chcesz, ale to może za dwa tygodnie, dobrze? Akurat mam lukę, półtorej godziny, idealnie pod nas? Ale naprawdę dziś? Zurych? Trzydzieści kilometrów, kawał drogi.

Ale w końcu Weronika jakimś cudem przekonała Petrę – Szwajcarkę z lekką domieszką krwi włoskiej i może ta włoska kropelka przelała czarę niechęci na rzecz chęci wobec spontanicznego wypadu do Zurychu. Pędziły teraz autostradą A1 na odcinku Aarau-Zurych. Pęd był jednak określeniem na wyrost, bo jak można było poczuć choćby jego namiastkę hamując do osiemdziesięciu na godzinę, by zaraz przyspieszyć do zawrotnych stu lub wycelować w limit dozwolonej prędkości i dać silnikom zawyć z rozpaczy przy magicznych stu dwudziestu kilometrach, o tu, tuż za tunelem przy Baden, tam gdzie góruje komin z logo szpitala kantonalnego. Sto dwadzieścia i ani milimetra na liczniku więcej, te duże, jednookie puszki z metalu niczym roboty z Terminatora już czyhają na choćby najmniejszy błąd, a potem już tylko zabieranie prawa jazdy na trzy miesiące, kara pieniężna i upokorzenie.

Petra milczała, może jeszcze niepewna konsekwencji własnej decyzji o nieplanowanym wyjściu na drinka i to do Zurychu. Weronika wlepiła za to nos w boczną szybę samochodu i gapiła się na mało imponującą panoramę wzdłuż tej szwajcarskiej autostrady. Kolejne tunele, połacie nieco bladych, ale nadal zielonych pół, o, tu małe lotnisko dla prywatnych samolotów na Birrfeld, trakcja kolejowa, świecący w oddali napis IKEA położonej przy jednym z większych w okolicy centrów handlowych zwanych pieszczotliwie Shoppi Tivoli. Żadnych billboardów, żadnych reklam jak w Polsce – APARTAMENTY NA SPRZEDAŻ, OPONY ZIMOWE CENA PROMOCYJNA, KIEROWCO WSTĄP I POKRZEP SIĘ, PRZY TANKOWANIU 50 LITRÓW OBIAD GRATIS – nic z tych rzeczy, pustka, tak jakby Szwajcaria postanowiła nie ujawniać się z niczym, aparamenty na sprzedaż, szukaj, szukaj, może znajdziesz, opony zimowe w dobrej cenie – ohohoho, cena na pewno dobra będzie, doliczymy jeszcze za przekładkę, a jak nie od nas kupione to będzie podwójnie liczone, obiad gratis – OHOHOHOHO – panienko, to dobry żart, dobry żart, u nas nawet bułki za tankowanie nie dostaniesz.

Przestrzeń autostradowa wyglądała przez to smutno i przygnębiająco, a obowiązkowe znaki ograniczenia prędkości czy pojedyncze tablice informujące o korkach przed oddalonym o ponad sto kilometrów od tego miejsca tunelem Gotthard potęgowały wrażenie sterylnej beznadziei.

To była już ostatnia prosta, prawo zjazd na obwodnicę wschodnią – Westring, prosto na obwodnicę północną i wiecznie zapchany tunel Gubrist – Nordring, lewo na Zurich  City. ZURICH CITY – Weronice oczy zaskrzyły nadzieją, która powoli zdychała jak mały kanarek w uwięzony w klatce w jednej z małych miejscowości kantonu Aargau. Jeszcze tylko parę kilometrów, przebijania się przez światła, przestrzegania ograniczeń tempa, pięćdziesiąt na godzinę i Broń Boże więcej, bo Zurych bardziej zaminowany radarami niż obsrane przez krowy pola, które mijała w drodze do pracy. Jeszcze tylko kilometr, cztery franki za godzinę parkowania przy dworcu głównym w Zurychu, potem spacerkiem wdłuż Limmatquai, które każdy Niemiec wymawiał błędnie jako limmatkwai, a to z francuska przecież, z francuska, jeszcze potem parę kroczków wśród arkad, wśród zabudowań lewej strony rzeki Limmat w samym sercu miasta i już będą na miejscu, już wysączą drinka w objęciach założonego przez byłych pracowników zbankrutowanej linii lotnicznej SwissAir baru Wings, który sam miał upaść kilka lat później.

Dojechały już na miejsce. Petra głośno westchnęła i spojrzała na Weronikę przepraszającym wzrokiem.

– Vera, tak strasznie Cię przepraszam, nie mogę tego zrobić, nie planowałyśmy tego, a dziś miałam jeszcze zrobić pranie, to mój dzień w grafiku, ale za tydzień za dwa, jak najbardziej, ustawimy to w kalendarzu, zgadamy się, wszystko będzie zgrabnie zaplanowane i unikniemy stresów, co ty na to? Wracasz ze mną?

– Nie, dzięki. Pokręcę się trochę po mieście i wrócę pociągiem. Dzięki Petra, no trudno, może pójdziemy na miasto innym razem…

– Jasne, sprawdzę kalendarz i dam Ci znać jutro. Ciao!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *