Z Archiwum Szwajcarskiego Jassu

No więc biegniesz, Maciek, wpadasz na peron w ostatniej chwili, dopadasz drzwi pociągu na trasie Zurych – Lugano, nie kupiłes biletu, nie starczyło czasu, ale u kanara kupisz, jeśli łaskawym  ci będzie.

Patrzysz, a tu miejsca zajęte, fotele klasy drugiej zapchane ludzmi niczym talerz IKEA eglifiletami, filecikami z okonia , które serwują chyba od zarania dziejów tej szwedzkiej sieci na szwajcarskiej ziemi. W ręce trzymasz czarną walizkę i nie zamierzasz jej puścić, ale unieść nad głowę nie potrafisz, bo ciężka. Przepychasz się z walizką pomiędzy stojącymi w przejściu ludźmi – entszuldigung, mersi filmol, entszuldigung nochmals. Przedzierasz się ocierając się o ludzkie spodnie, tshirty, włosy, tatuaże, spoconą skórę, aż na tył pociągu, tam gdzie rowery, tam gdzie małe rozkładane siedzenie, którego tymczasowo nikt nie zajmuje. Siadasz i patrzysz na bilet wstępu na festiwal jazzowy w Lugano. Pierwszy raz na takim festiwalu, a ty z jazzami, masz tyle wspólnego co z samochodami drogimi, czyli nic. No i zerkasz na czarną, dużą skórzaną walizkę i wiesz, że musisz jej pilnować, bo o tego zależy, czy transakcja zostanie dokonana.

Czytaj dalej Z Archiwum Szwajcarskiego Jassu