matriarCHat

Dochodzi godzina 11:45, a ja jestem w drodze do przedszkola. Mam na imię Marek i chciałbym opowiedzieć Wam moją historię, ale tu nie ma wiele historii. Jest rutyna. Jest schemat, który od pokoleń trwa w niezmienionej formie.

Na bose stopy nałożyłem brudne adidasy, moją mocno zaniedbaną sylwetkę przyozdabiają dresowe spodnie już którejś z kolei świeżości i bluza z napisem po angielsku. Włosy tkwią w twórczym nieładzie, od paru dni nie widziały grzebienia ani szamponu. Po osiedlu niczym zombie suną podobni mi ojcowie. Każdy z nich z przylepionym sztucznym uśmiechem i w porówywalnym do mojego stanie nieogarnięcia. Zapalam papierosa i zagajam maszerującego obok Andreasa, faceta dobijającego już czterdziestki, nieco otyłego z wiecznie sceptycznym podejściem do życia.

Czytaj dalej matriarCHat