Słodkie Brzmienie Alpejskiego Rogu

Winda, do której wsiadła Grażyna musiała pamiętać czasy gierkowskiej prosperity. Z prosperity jednak niewiele w niej zostało. Na ścianie windy leżała – niczym rozkraczona żaba – krzywo przylepiona  naklejka z napisem Wiara, która przetrwała. Zagłębie Sosnowiec. Grażyna patrzyła na to wszystko z niechęcią i zanim jeszcze weszła do mieszkania, marzyła by wrócić tam, skąd przyjechała. Do Szwajcarii.

Śmiali się z niej, że wyjechała na Zachód podmywać starym ludziom tyłki, tymczasem jej żyło i pracowało się całkiem nieźle. Pomagała w domu leciwej Szwajcarce – Elise. Dobrze się dogadywały.

Winda wjechała już na szóste piętro i kabina podskoczyła nieco przy hamowaniu. Grażyna popchęła drzwi i wyszła z windy. Ściany klatki schodowej zdobiły pojedyncze napis, wierszyki, przekleństwa i niedbałe graffiti, a z sufitu zwisały popalone zapałki – pozostałości zabawy nastolatków. Zsyp na śmieci roznosił odór zgniłych jajek. Była w domu.

Nacisnęła przycisk dzwonka. Po chwili po raz drugi. Nic. Cisza. Wygrzebała więc klucze z torebki. Nie było jej w Polsce od sześciu miesięcy, a teraz wszystko wskazywało, że wracała na dobre.

Elise zmarła tydzień temu. Obyło się bez większych ceremonii. Z jej rodziny nikt nie przyjechał. Syn nie mógł. Był w delegacji. Córka nie odpisała na wiadomość od Grażyny. Elise nikogo innego nie miała. Mąż zmarł dwadzieścia lat przed nią.

Otworzyła drzwi i weszła do środka mieszkania. Uderzył ją zaduch, ktoś nie otwierał okien od dłuższego czasu. Trzypokojowe mieszkanie nie robiło zachęcającego wrażenia. Same w sobie nie było brzydkie, było po prostu zapuszczone. Odchodząca gdzieniegdzie tapeta, oślizgłe linoleum rozłożone na podłodze, z wyjątkiem salonu, gdzie rozpościerał się twór dywanopodobny. W salonie zobaczyła Janka.

Janek, jej jedyny syn, ubrany był w nieco przyduży tshirt z napisem Kaliber 44 i krótkie spodenki moro. Siedział na wysłużonej brązowej sofie przyozdobionej różnymi kwiatowymi motywami. W rękach trzymał pada do Playstation. Przed nim, na stoliku, stało kilka brudnych talerzy, otwarta puszka po Coli i popielniczka z kilkoma wypalonymi papierosami w środku. Wyglądał, jakby nie miał specjalnych ambicji. Nie musiał ich mieć. Co miesiąc dostawał od matki pieniądze i co miesiąc obiecywał poprawę. Na darmo.

Zamknęła oczy i pomyślala – nie jestem tu, jestem w małej szwajcarskiej wiosce, w Morschach. Patrzę na szczyt Fronalpstock. Otacza mnie rześkie powietrze. W ręce trzymam róg, który w prezencie dała mi Elise. Mały róg alpejski. Tradycyjny szwajcarski instrument muzyczny

Elise miała co do rogu cokolwiek zabawną teorię, takie fantazje starszej, dobijającej do dziewięćdziesiątki pani. Twierdziła, że dźwięk rogu wyciąga z ludzi pierwotną szwajcarską mentalność. Perfekcjonizm. Zasadniczość. Introwertyzm. Konserwatyzm. Punktualność. Oszczędność. Te cechy mogą być motorem dobrych zmian, ale mogą też być przekleństwem – mówiła Elise. Raz rozpoczęty proces może nigdy się nie zatrzymać – ostrzegała.

Czy ja naprawdę mam cokolwiek do stracenia? – pomyślała Grażyna i patrząc na swojego zblazowanego syna wyciągnęła z torby róg Elise. Przyłożyła końcówkę rogu do ust i delikatnie w nią zadęła. Mogłaby przysiąc, że w niskim dźwięku wydobywającym się z rogu usłyszała delikatnie jodłowanie – ja lololololol ja lololo ja lololo. Spojrzała na Janka. Siedział jak siedział. Z głośników telewizora dobiegł wystrzał, a na ekranie pocisk przeszył na wylot głowę jakiegoś potwora.

Odłożyła torbę i poszła do sypialni. Po trzydziestogodzinnej podróży spędzonej w rozklekotanym busie na trasie Zurych-Katowice należało jej się trochę odpoczynku.

Rano obudził ją odgłos brzękających naczyń. Wstała, wyszła z pokoju i zamarła. Salon był czysty. Naczynia i niedopałki poznikały. W domu pachniało świeżością. W kuchni czekała na nią gorąca kawa i tosty, a Jan siedział przed komputerem i rytmicznie pisał na klawiaturze.

Jan? Janek? – zapytała Grażyna.

– Mamo, dobrze, że już wstałaś! Patrz, w Katowicach rekrutują do centrum obsługi klienta. Złożyłem podanie. Jeśli mam do czegoś dojść, to tylko pracą. Zacząłem też oszczędzać. Na razie nie mam za bardzo z czego, ale dzwoniłem już do banku w sprawie konta – powiedział z uśmiechem Janek.

Grażyna złapała za kubek i łyknęła tak dużo kawy, że się zakrzusiła.

– Może skoczymy razem na zakupy? – ciągnął jej syn. Wiesz, na ten targ nieopodal będzińskiego zamku. Może będą mieli tam jakieś produkty od lokalnych dostawców. Jajka, chleb. Wiesz, nie chcę kupować od zagranicznych koncernów. Trzeba wspierać lokalnych przedsiębiorców.

Gdy wyszli na zewnątrz Janek zauważył źle zaparkowany samochód. – Mam nadzieję, że dostanie mandat – rzucił pod nosem. Na wszelki wypadek pstrykę mu zdjęcie i wyślę do administracji osiedla i na policję.

Ruszyli. Kolejne samochody mijały Tico Janka, on jednak uparcie trzymał się przepisowych pięćdziesięciu na godzinę, będąc co chwilę obtrąbianym przez innych kierowców.

Grażyna spojrzała na schowany w torebce róg, wzięła go, otworzyła okno  i zadęła z całej siły. Po okolicy rozniósł się potężny dźwięk i byla zaskoczona, że taka moc tkwiła w tak małym instrumencie.

Nie minęła sekunda i wszyscy zwolnili dostosowując prędkość do przepisów. Spojrzała przed siebie i nagle samochody przed nimi zahamowały. Przejście dla pieszych. Wszyscy karnie zatrzymali się by przepuścić młodą matkę z dzieckiem. Ruszyli dopiero, gdy była po drugiej stronie ulicy.

Potem było jeszcze zwężenie drogi i – znów ku zaskoczeniu Grażyny – wszyscy puszczali się naprzemienie, jadąc na zakładkę, nie obtrabiając się wzajemne i nie wrzeszcząc za kierownicą.

Jeśli ten róg faktycznie tak działa, to nie mogę tego nie wykorzystać – pomyślała Grażyna. Gdy już wrócili do domu, wyszła na balkon i użyła rogu ponownie. Dźwięk rozniosł się po całym osiedlu. A kolejne dni zaczęły przynosić zmiany.

– Dzień dobry, sąsiadko! Uszanowanie! Dzień dobry pani! Miłego dnia! – Grażyna co chwilę natykała się na ludzi pozdrawiających się nawzajem. Zniknęła codzienna milczkowatość i mrukowatość. Klatka schodowa zaczęła lśnić czystością, ktoś wymalował ją na biały kolor, ścianę przyozdabiając chropowatym tynkiem w postaci baranka. Nawet ten buc – pan z zawodu dyrektor – zaczął kłaniać się pani sprzątaczce.

Dzieci z osiedla zaczęły podawać nauczycielom rękę w szkole. Zniknęły rodzinne kłótnie przy rodzinnych stołach, nikt już nie uważał się za eksperta w każdym temacie. Ludzie zaczęli przestrzegać reguł. Parkowanie. Wyrzucanie śmieci. Cisza nocna. Dbanie o wspólne otoczenie. Sielanka.

Któregoś dnia Grażyna dostała list. Jego treść wprawiła ją w osłupienie.

Szanowna Pani,

Zostaliśmy poinformowani o zakłócaniu ciszy nocnej w postaci głośnego spłukiwania wody w toalecie.

Wzywamy panią do natychmiastowego dostosowania się do obowiązujących zasad wspólnoty mieszkaniowej przy ulicy Bankowej 37. W razie dalszego łamania zasad sąsiedzkiego współżycia będziemy zmuszeni rozważyć zerwanie umowy najmu mieszkania.

z poważaniem,

Administracja Osiedla Bankowe

List był kamyczkiem, który poruszył lawinę kolejnych przepoczwarzeń rzeczywistości. Z perspektywy Grażyny – odpornej na dźwięk rogu – przerażających. Szwajcarska mentalność zaszczepiona na osiedlu zaczęła mutować, ludzie stawali się coraz bardziej ekstremalni w zachowaniach, które w pierwotnym założeniu były dobre dla wspólnoty.

Najpierw sąsiedzi przestali spontanicznie wpadać do siebie na kawę, potem zaczęli zamykać się w mieszkaniach i izolować od innych. Wzajemne dzień dobry stało się wymuszone i mechaniczne, tak by raczej spełnić oczekiwania społeczeństwa niż faktycznie być uprzejmym. Wzajemne dbanie o siebie przeszło w całkowitą inwigilację. Obcy? Byli skazani na ostracyzm. Pewna młoda para wynajęła na osiedlu dwupokojowe mieszkanie. Wyprowadzili się po 3 dniach.

Pół biedy, gdy obcy po prostu wyjeżdzali. Raz na osiedlu znaleziono zmasakrowane ciało studenta spoza miasta. Kilkanaście osób widziało, jak ktoś bił go do nieprzytomności. Nikt się tym nie przejął. Wszyscy zachowali… “neutralność”.

Grażyna stała na balkonie swojego mieszkania i patrzyła na wymarłe blokowisko, które padło ofiarą rozpoczętego przez dźwięk rogu alpejskiego niekontrolowanego procesu zmian. Perfekcjonizm, zasadniczość, punktualność doszły do niebezpiecznych skrajności i stały się karykaturą tego, co widziała w Szwajcarii. Łzy ciekły jej po policzkach i modliła się gorąco o ratunek. Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła i zobaczyła niskiego staruszka z filuternym wąsem.

– Wiem, co cię trapi. I znam rozwiązanie. Bądź jednak świadoma ryzyka. Nie każdy proces da się zatrzymać. Weź to, zagraj i rozpocznij powrót do znanej ci z przeszłości rzeczywistości. Grażyno, przyjmij te oto…

Skrzypce Ułańskiej Fantazji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *