Przychodzi Polak Do Szwajcarskiego Lekarza

– Jarek, no, ale po co od razu do lekarza, co będziesz ciężko zarobione franki wydawał, Sławek jutro jakoś z Polski zjeżdza, to ci ferwexu, gripexu, polopiryny nakupuje. A na teraz to sobie grzane piwo z miodem, czosnkiem zrób, mleka dolej, cytryny, rano będziesz zdrów jak ryba.

Siedzę, kicham i prycham, a Marek przekonuje, że piwo z miodem, że to przejdzie, a jak nie przejdzie, to Sławek poratuje. No, ale to było wczoraj, a dziś ledwo z łóżka się zwlokłem, łamie mnie niemiłosiernie. Nie no, wybiorę numer i zadzwonię do praksis. Praksis – taka szwajcarska prywatna przychodnia, niby prywatna, ale na dobrą sprawę i tak mają cię w dupie tak jakby państwowa była. Ale wyjścia nie ma, więc dzwonię.

– Gutentag, czy mają państwo jakieś wolne terminy, na dzisiaj, na jutro, lepiej na dzisiaj. Pilne.

– Dzień dobry, Pana nazwisko? – po drugiej stronie słuchawki odzywa się kobieta i zadaje pytanie w dialekcie.

– Barszyczkowski.

– Przepraszam, jak?

– Barszczykowski – powtarzam. Tu nigdy nie potrafię powstrzymać lekkiego śmiechu, takiego przyjaznego przytyczka w nos pani z recepcji, dla której konfrontacja z takimi nazwiskami to nic innego, jak karma za jej aroganckie zachowanie.

– Poproszę datę urodzenia.

Podaję pani z recepcji datę urodzenia, ona prosi o chwilę, zawiesza połączenie i grzebie w swym szwajcarskim komputerze, szuka w bazie danych, odszyfrowuje te zlepki głosek “sz”, “cz” . W końcu odzywa się po drugiej stronie słuchawki.

– Co panu dolega?

Nie znoszę tych pytań. Za każdym razem najpierw muszę tłumaczyć się pani z recepcji, co mi jest, bo inaczej nie puści dalej do lekarza po prawdziwą poradę. No i pół biedy jak kaszel, to znaczy husten albo katar – sznupfen albo gorączka – fiber albo że głowa boli – kopfszmercen, to jakoś wytłumaczę, ale dajmy na to dostałbym wysypki na tyłku i jak mam jej to po niemiecku powiedzieć i jeszcze tak bezpośrednio o tak intymnych sprawach. Więc obieram inną strategię i nawet jakbym miał jakąś potencjalnie weneryczną chorobę mówię zawsze to samo: husten, sznupfen, fiber, szmercen. I fajnie i działa, bo ona mi wierzy i na tym polega ta nasza gra pozorów.

No i jest termin, w praksis przynajmniej uznają, że wystarczy poinformować telefonicznie, bo ze szpitala dostaję zawsze list za listem, ustalenie terminu – list, zmiana terminu – nie, telefonicznie to się nie da, potwierdzenie listowne. Kolejna zmiana, kolejny list i tak krąży ta papierowa korespondencja, a drzewa płaczą, że papier z nich się marnuje na takie byle co.

Mogę przyjść jutro, mam zabrać kartę z krankenkasy.

Przychodzę, godzina dwunasta pięćdziesiąt, o trzynastej moja wizyta. Pani z recepcji uśmiecha się i pokazuje mi o tam, poczekalnia, wartecimer, pan sobie posiedzi, gazetki poprzegląda, lekarz przyjdzie, poprosi.

Wchodzę więc do poczekalni, tam już kilkoro osób, gruci mitenand, witam wszystkich, siadam na jednym z wolnym stołeczków pośrodku tej bieli, sterylności, elegancji, tej zmaterializowanej swiss quality, naprzeciw dystrybutora z wodą, ale wody nie biorę, u lekarza to nie wiadomo, kto tam łapami dotykał, pić mi się chce, ale potem się napiję, rivellę sobie kupię.

Szklane drzwi poczekalni otwierają się, wchodzi szczupły pan, ubrany na biało, mały wąsik, okulary, próbuje wymówić moje nazwisko, ale oczywiście wymawia je źle, ale oszczędzam mu blamażu, wstaję – oto ja, Barszczykowski – on wyciąga rękę – podawanie ręki w Szwajcarii to mus – podaję mu swoją, on delikatnie ją ściska i rytuał dopełniony.

Prowadzi mnie do gabinetu, siada, to i ja siadam, on coś tam grzebie w komputerze, stuka, patrzy, wpisuje. W końcu słyszę ponownie pytanie, które zadaje  każdy lekarz pod każdą szerokością geograficzną, a Szwajcarii to chyba każda recepcjonistka w przychodni czy szpitalu.

– Co panu dolega?

No i ja mu, że to nie tylko husten, że nie tylko sznupfen, że fiber też, ale tak w ogóle to słaby jestem, wymęczony, chyba wypalenie, chyba serce, kłuje mnie, do tego nerwobóle, ataki paniki. On patrzy zadumanym wzrokiem, pokiwuje głową, więc chyba rozumie. Kończę mój zbolały monolog, a on bierze słuchawkę i zaczyna mnie obsłuchiwać, wdech wydech, iischufe, uschnufe, potem bierze małą latarkę, ja robię AAAAAA i patrzy mi w gardło. Kończy, siada na swoim miejscu.

Teraz miał stawiać diagnozę, ale zamiast diagnozy zaczyna mi coś gadać, że powinienem wody dużo pić i że sport i czy jem trzy razy dziennie i żeby cukier ograniczyć. Ja mu na to, że ataki paniki, że może jakaś anemia, może jakiś wirus, a on dalej o tej wodzie i że zobaczę, że przyjdę za dwa tygodnie i waga poleci i się lepiej poczuję.

Wygląda na to, że to koniec diagnozy i koniec wizyty, biorę kurtkę, zbieram się, ale waham się przez chwilę, zawracam i pytam się go, czy może jakieś badanie krwi, może jakieś tabletki.

On patrzy na mnie zza tych swoich okularów jak na głupka i mówi, no, że badanie krwi, to, żeby w recepcji datę ustalić, a teraz mi tu dafalgan przepisze, jak będzie gorączka to można brać, co cztery godziny po jednej tabletce. Nawet nie próbuję już mu dalej wyjaśniać, dał mi dafalgan, zwykły paracetamol, który w Polsce ludzie kilogramami kupują i na ból głowy, na skurcze w nodze, na kaszel, na smutek i na kaca łykają.

On się niecierpliwi, bo minęło piętnaście minut i kolejny pacjent czeka, a czas to pieniądz. Szkoda tylko, że nie mój, bo za ten dafalgan i te porady o wodzie to mnie jeszcze krankenkasa tak policzy, że mi się odechce chorować.

Biorę moją receptę, wychodzę, żegnam się z recepcjonistką – adje, mersi – olewam badanie krwi, wychodzę na ulicę. Wyciągam smartfona i wybieram numer do Sławka.

– No cześć, Sławek, mordo, ty jeszcze na Śląsku, dziś wracasz? O, to stary, weź mi kup po drodze gripeksu lub ferweksu, we frankach ci oddam. No dzięki, szerokości i bezpiecznie jedź, nara.

3 odpowiedzi do “Przychodzi Polak Do Szwajcarskiego Lekarza”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *