Pożeranie (w) Szwajcarii

Poderwałem się od biurka i zacząłem biec omijając leżące na podłodze półżywe ciała kolegów, którzy niczym wyrzucone na brzeg ryby wierzgali rękami i nogami próbując rozpaczliwie złapać jakiś łyk powietrza. Nadaremno. Strach przed utratą pracy dusił ich coraz mocniej, a oni, jeden po drugim, zaczynali zastygać w bezruchu patrząc na zamierające przestrzenie biura szklącymi się oczami.

Zwolniłem nieco, teraz idąc tylko szybkim krokiem. Próbowałem oczyścić umysł. Przymknąłem oczy. Wyobraziłem sobie, że leżymy całą rodziną w łóżku, ja, żona, dzieciaki, przykryci ciepłymi kołdrami, przytuleni do siebie, szczęśliwi. W końcu udało mi się dotrzeć do drzwi wejściowych i opuścić biuro.

Stałem w centrum dzielnicy biznesowej. Biura. Sklepy. Biznesy. Kawiarnie. Restauracje. Mój wzrok przykuł leżący na wznak facet. W ręku ściskał jakiś papier. Podszedłem do niego i nachyliłem się. Spojrzał na mnie i wyszeptał: – a co, jeśli się nie uda? Trzymał świeżo podpisaną umowę najmu lokalu. Nie miał już szans. Wątpliwości strawiły go tak mocno, że było widać wnętrzności – żołądek, nerki, wątrobę, jelita.

Wstałem i spojrzałem przed siebie. Do parkingu miałem około trzystu metrów. Ruszyłem wolnym krokiem. Wyciągnałem z kieszeni smartfona. Newsfeed Facebooka pustoszał. Zaczynał lśnić najbielszym odcieniem bieli. Ale to były tylko pozory. Po drugiej stronie wyświetlaczy telefonów umierali ludzie. Ci od postów i komentarzy społeczno-politycznych ginęli najszybciej. Malutkie zdenerwowanie dopadało powoli. Gniew działał szybciej, choć nie tak szybko jak furia, która dosłownie na strzępy i bardzo demokratycznie rozrywała kolejnych uczestników dyskusji politycznych. I tych z lewa, i tych w centrum, i tych z prawa. Ci, którzy stali z boku i cieszyli się, że są ponad tym wszystkim; tych dławiła powoli ich własna pogarda. I też umierali.

Wyłączylem telefon. Jeszcze raz – głęboki wdech, wydech. Dotarłem do samochodu. Przez moment próbowała złapać mnie niepewność, “czy na pewno jest zatankowany?”, “czy ruszy?”, ale odrzuciłem ją całą siłą swojego umysłu i bez wahania wcisnąłem przycisk odpalający silnik samochodu. Silnik zadziałał bez zarzutu.

Wszedłem do pustego mieszkania. Wszystko było na swoim miejscu. Nic nie przypominało obrazu katastrofy, która od kilkunastu godzin rozgrywała się na ulicach Szwajcarii. Pierwsze żniwa zgarnęła wśród ludności panika. Kryzys migracyjny. Zmiany klimatyczne. Kraj sypał się jak domek z kart, ale nie był wyjątkiem na europejskiej mapie. Najbardziej niebezpieczne okazały się te małe, osobiste demony. Tęsknota zabierała głównie imigrantów i robiła to powoli, niezauważalnie, tak, jakby wpadali oni w hipotermię, a zgon przychodził w momencie, gdy czuli się pozornie najlepiej. Podobnie jak niepewność jutra – ta wkradała się niepostrzeżenie i zanim ktoś zorientował się, z czym ma do czynienia, było już za późno.

Ale ja czułem się bezpieczny. Żyłem w Szwajcarii już jakiś czas. Układało się dobrze. Praca, rodzina, czas wypełniony dodatkowymi zajęciami. Czerwone wino ze znajomymi. Kolacje. Wycieczki. Dzień za dniem. I tak od ponad dziesięciu lat.

Podszedłem do regału, na którym stał album z rodzinnymi zdjęciami. Otworzyłem na przypadkowej stronie. Było tam zdjęcie mojej babci, kochanej osoby, która była dla mnie niczym najlepsza przyjaciółka. Nagle zacząłem się krztusić. Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie babci, a moje oczy zaczął przepełniać smutek, który zaczął przeistaczać się w czarną rozpacz. Babcia zmarła kilka lat temu, a ja nie zdążyłem się z nią pożegnać. Może gdybym był na miejscu, gdybym nie wyjechał, gdybym odwiedził ją w szpitalu, w którym była w sumie z błahego powodu, nie czekał na spotkanie do Wielkanocy. Próbowałem walczyć ze smutkiem przywołując najbardziej pozytywne wspomnienia związane z babcią. Po chwili poczułem mocne ugryzienie w szyję, zalałem się krwią, ból stawał się coraz silniejszy, a ja upadłem i konałem dając się pożreć wyrzutom sumienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *