Opiekunka. Tanio.

Weronika od godziny siedziała na małym stołeczku wpatrując się w bawiące się na dmuchanych zjeżdzalniach, osznurowanych ścianach do wspinania i obłożonych materacami tunelach dzieciaki. Gdzieś tam było też to, którym miała się opiekować, ale wyszła z założenia, że tu – na krytym placu zabaw jest bezpieczne. Zresztą, nie chciało jej się ganiać za jej podopiecznym za sześćset franków miesięcznie, bez ubezpieczenia, za to z mieszkaniem i wyżywieniem. Mieszkaniem – małym pokojem z łóżkiem z IKEA, wyżywieniem, bułki, dżem, spaghetti z sosem pomidorowym, bo pani mama i pan tata i tak jedli na mieście.

Była tu już miesiąc, miną jeszcze dwa i weźmie bezpłatny urlop i wróci do domu. Bo jak mówili jej dobroczyńcy, załatwianie formalności i pozwolenia na pobyt to dużo zachodu, a tak to możemy zawsze powiedzieć, że jesteś daleką kuzynką, a do trzech miesięcy możesz u nas siedzieć bez problemu, nikt się nie przyczepi.

No więc siedziała i gapiła się na stojącą przed nią dużą niebieską dmuchaną zjeżdzalnię, z której z piskiem zjeżdzały kolejne dzieciaki.

W okolicy stało małe skupisko matek i świergotały jakimś takim przyciężkawym szwajcarskim. Obstawiała byłą Jugosławię, tamtejszy akcent był dość specyficzny i dało się odróżnić od polskiego-szwajcarskiego. Nie miała ochoty na rozmowę, zresztą, prawdopodobnie i tak nie znalazłyby wspólnego tematu. Tamtejsze prawie czterdziestoletnie królowe życia czuły się tu już jak ryby w wodzie, flądry – pomyślala Weronika – które niejedno już przeżyły i z niejednego dna już jadły, ona była małą szprotką, którą przy braku ostrożności, mogłaby zostać zjedzona nawet przez taką flądrę na śniadanie.

Spojrzała na kolejne dziecko – chłopczyka w niebieskich krótkich spodenkach i koszulce z napisem Explorosaurus – zjeżdzającego po dmuchanej zjeżdzalni. Chłopiec pozostawił po sobie szeroki, brunatny ślad. Dziecięca kupka. U podnóża zjeżdzalni stały dwie małe dziewczynki z warkoczykami. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie scenę z filmu „Lśnienie”. Tą z dziewczynkami stojącymi w hotelowym korytarzu i zalewającą ten korytarz rzeką krwi, myślała już, że tu zaraz zaleje ich rzeczka ekskrementów, kupy ześlizgującej się po równi pochyłej niczym magma z wulkanu pełna wszystkiego tego, co chłopiec zjadł od rana, krakersy Darwida, jabłko, gipfeli, chipsy Zweifel, paluszki rybne i naleśnik.

Nikt nie wpadł jednak w panikę. Matki-Flądry dalej rozmawiały. Dzieci – jedno po drugim zjeżdzały dalej nic sobie nie robiąc z faktu, że rozcierają to całe gówno na wszystkie strony i roznoszą je na kolejne elementy placu zabaw. Zaczynało już śmierdzieć, jedna z matek zauważyła rozrozrzucane wszędzie brązowe ciapki i podniosła alarm. Ktoś z obsługi podbiegł z rolką papierowych ręczników, ktoś inny zaczął zganiać dzieciaki z tuneli, zjeżdzalni, ścianek wspinaczkowych i korytarzy. Zabawa na dziś dobiegła końca.

Spojrzała na komórkę. Sms od pana Juliana, jej pracodawcy. Adaś! Chodź! – krzyknęła. Musimy iść do domu!

Po chwili podbiegł Adaś, trzyletni, całkiem wesoły chłopiec, gdyby nie to, że go lubiła rzuciłaby tą pracę w cholerę po tygodniu. Sprawdziła go pobieżnie. Przynajmniej ty jesteś czysty… – westchnęła, odpisała Julianowi – „wracamy”, chwyciła Adasia za rękę i ruszyli do domu.

2 odpowiedzi do “Opiekunka. Tanio.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *