Najromantyczniejsza przygoda w Szwajcarii

Aaaaaach – krzyk rozkoszy odbił się szerokim echem i powędrował w dół, aż do jeziora Czterech Kantonów, a ona w kulminacyjnym momencie otworzyła szeroko oczy i ujrzała wzbijający się ponad chmurami kadłub samolotu pozostawiający za sobą długą, śnieżnobiałą smugę.

On był w nią mocno wtulony, jego silne, muskularne ramiona – widać było, że nie był typem, który wraca do domu po pracy i gra w gry wideo – oplatały jej ciało w talii, na szyi czuła ukłucia igiełek jego kilkudniowego zarostu. Leżeli półnadzy na trawie, tuż przy powszechnie uczęszczanym szlaku na szczyt Grosser Mythen. Nie pamiętała momentu, kiedy dali się ponieść i zmodyfikowali plan górskiej wycieczki. Na szczyt nie doszli. No, właściwie połowicznie doszli. Ale teraz nie to było najważniejsze. Objęła jego twarz swoimi dłońmi, a on pozwolił jej ją delikatnie unieść i spojrzał na nią rozszerzonymi z podniecenia źrenicami. Ona tylko się uśmiechnęła i wyszeptała patrząc prosto na jego ociekającą kroplami potu twarz – Darek, to było najlepsze trzydzieści sekund mojego życia.

– Trzydzieści sekund? – Darek nieco się zmieszał.

– Żartowałam! Jacy wy jesteście przeczuleni na swoim punkcie! – Marta podniosła się i pocałowała go namiętnie w usta. Oboje usiedli na trawie, Darek okrył ją miękkim kocem i przytulił.

Słońce zaczynało zachodzić, a szczyt Grosser Mythen, nieco osamotnionej góry będącej symbolem kantonu Schwyz powoli tonął w czerwonej poświacie. Tu, na Holzegg, na wysokości nieco ponad 1400 m n.p.m ten zachód słońca nie był może tak spektaktularny jak na szczycie Mythen, ale im to nie przeszkadzało. Trawiaste, zielone pagórki otwierały się na przepiękną panoramę Alp i migoczącej w dole tafli jeziora Czterech Kantonów. To była końcówka maja, więc szlak jeszcze nie był otwarty. Od szczytu dzieliło ich kilkaset metrów trudnego, stromego i mocno eksponowanego terenu, ale nie zamierzali już iść dalej.

Marta spojrzała na Darka. Przystojny facet – pomyślała. Ale co ważniejsze, ogarnięty. Emigracja pełna jest samozwańczych milionerów, jednorazowych ogierów pragnących się zabawić, wreszcie mężów i narzeczonych szukających pracy i przy okazji trochę przygody poza granicami ojczyzny. Instalując Tindera narażasz się. Darka poznała tradycyjnie. W restauracji. Przypadkiem. Zapomniała torebki i gdy usłyszał, że ma problemy, przyszedł z pomocą. Zapłacił za lunch i chciał kulturalnie się ulotnić. Ona poprosiła go on numer telefonu, chciała oddać mu pieniądze.

– To co, masz jeszcze trochę siły? – zapytała zalotnie Marta.

– Pytasz, a wiesz kochanie – Darek złapał ją delikatnie od tyłu, położył na wilgotnej trawie i zaczął namiętnie całować. W ciągu kolejnych kilkudziesięciu sekund zalały ich ostatnie promienie zachodzącego słońca i schowani pod skalnym masywem Grosser Mythem utonęli w kompletnej ciemności, kompletnie się tym nie przejmując.

Marta ocknęła się. Bolały ją plecy i ledwo mogła się poruszać. Leżała na twardym kamienistym podłożu i patrzyła w rozgwieżdżone niebo. W oddali widziała światła przelatującego nad Grosser Mythen samolotu.  Próbując się podnieść syknęła z bólu. Jej prawa noga krwawiła, prawdopodobnie była też zwichnięta. Próbowała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. Chwyciła się łańcucha oddzielającego ścieżkę od przepaści. Nie wyglądało to najlepiej. Od szczytu musiało ją dzielić góra kilkadziesiąt metrów. Tam była restauracja, która mogła dać jej schronienie, mimo, że było jeszcze przed sezonem i była zamknięta dla turystów. Swoją drogą zabawne, że na tak eksponowanym skalnym szczycie Szwajcarzy znaleźli miejsce na restaurację. Droga do góry była jednak stroma, a mokre od zimnego deszczu kamienie nie nastrajały optymistycznie. Kilka, góra kilkanaście minut przy dobrej pogodzie tu mogło skończyć się wypadkiem.

– Darek – szepnęła. Nikt nie odpowiedział. Darek kilka godzin wcześniej runął w przepaść, w dół jednego z ze żlebów opadających ku kantonowi Schwyz i jezioru Czterech Kantonów. Tuż przed zachodem słońca. Na kilkanaście minut po tym, jak pogoda drastycznie się zmieniła, a chłodne, ale miłe majowe popołudnie przemieniło się w w wędrówkę w gradzie i opadach deszczu ze śniegiem. Marta zacisnęła sine z zimna palce. Zamknęła oczy i znów znalazła się kilkaset metrów niżej, na polanie na Holzegg, w bezpiecznym miłym miejscu. Znów przytulała Darka i znów budziło się w niej pożądanie. Gdyby wtedy naprawdę zatrzymali się i to zrobili, sprawy potoczyłyby się inaczej. Zamiast tego ruszyli dzielnie pod górę, mając przed sobą dwugodzinną wspinaczkę w stromistym, skalnym terenie.

W oddali migotały światła miasteczek – Ibach, Schwyz, Brunnen. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak znaleźć się tam, na dole, napić ciepłej herbaty i wydostać się z tego koszmaru.

Postanowiła walczyć dalej. Podniosła się z ziemi i trzymając zimnego, metalowego łańcucha ruszyła przed siebie. Po kilkunastu krokach potknęła się i rozcięła kolano o ostry kamień. Zawyła z bólu i upadła na zimną i błotnistą ziemię. Traciła powoli orientację. Miała wrażenie, że słyszy dochodzący ze szczytu, dopingujący ją głos Darka. Po raz kolejny spróbowała się podnieść i powłócząc nogami zaczęła kierować się ku wąskiej, zabezpieczonej z obu stron łańcuchami grani szczytowej prowadzącej wprost do wierzchołka.

Duża szwajcarska flaga znaczyła koniec trasy i wierzchołek Grosser Mythen.  Pamiętała ją ze zdjęć. Teraz jej nie widziała, ale słyszała jej łopotanie.  Kilkanaście metrów dalej powinien być budynek restauracji. Może dostanie się jakoś do środka, wezwie pomoc, przeczeka fatalną pogodę.

Na ostatniej prostej zaczęłą tracić oddech. Postanowiła odpocząć. Położyła się na wznak na wąskiej ścieżce, zawieszonej pomiędzy stromo opadającymi zboczami szczytowej partii Grosser Mythen. – To tylko na chwilę, tylko na minutę, zamknę oczy, nabiorę nieco i siły, dojdę do siebie i wdrapię się do tej cholernej górskiej restauracji.

Znów znalazła się na Holzegg, znów zobaczyła uśmiechniętego Darka, faceta, którego poznała ledwo kilka tygodni wcześniej, a który nadał sens jej samotnej, emigracyjnej egzystencji i sprawił, że wreszcie chciało jej się żyć. Darek objął ją w pasie, położył na skąpanej w zachodzącym słońcu trawie i zaczął delikatnie, subtelnie, bez pośpiechu całować, a ona poczuła, że drży. W kuliminacyjnym momencie otworzyła szeroko oczy i spojrzała prosto w niebo i dostrzegła migające światła, kadłub zawieszony nad nią w powietrzu.

– Darek – szepnęła – to było…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *