Multikulti (czyli szkic opowiadania, które nie trafiło do książki)

– BASTA! I ha gnueg! – krzyczy Chiara, a ja próbuję się domyśleć, czy to jeszcze szwajcarski dialekt czy może już język włoski, a może to i to. Nagle podbiega moja córka i też krzyczy, ale tym razem po polsku, by po chwili obrócić się i krzyknąć coś po szwajcarsku do Leoni, a potem znów przeskoczyć na polski.

Mija pierwsza godzina jej urodzin które nieopatrznie zdecydowałam się zorganizować w przydomowym ogródku i teraz cierpię foniczne katusze otoczona głosami kilkunastu dzieci i podobnej liczby dorosłych.

– Wo isch d‘Torte? Wo isch d Torte? Wo isch d’Torte? – Mati ciągnie mnie za sukienkę i jak mantrę powtarza jedno i to samo pytanie? – Tort? – potem, potem, spöter, spöter – odpowiadam, ale chłopiec  nie odpuszcza.

Do kuchni wchodzi Nadia i pyta do której impreza, ja na to, że do której chcą, ona na to, zmieszana, że no, tak, ale w Szwajcarii określa się nie tylko początek, ale i koniec imprezy, na co ja, jeszcze bardziej zmieszana niż Nadia, że tak do dwudziestej pierwszej, na co ona znowu, że dobrze, że w takim razie do dziewiętnastej trzydzieści.

Przychodzą kolejni goście i kuchnia zapycha mi się niczym odpływ w zlewozmywaku, masa ludzi rośnie i nie ma, a może nie chce znaleźć ujścia, a ja próbuję w tym rozgardiaszu ogarnąć paszteciki i barszczyk i pierożki i ogóreczki i kabanoski – całą tą dumną reprezentację kuchni polskiej wystawić naprzeciw przybyłym gościom.

– Co to jest? – pyta Feliks chwytając placka ziemnaczanego, a w mojej głowie buczy już syrena i żarzy się czerwona lampa alarmowa i myślę – placek, kurwa, placek ziemniaczany, ale biorę wdech, potem wydech i tłumaczę, że to takie polskie roesti, tylko inaczej przyrządzane, ale to prawie to samo, Polak, Szwajcar prawie dwa bratanki. Feliks się uśmiecha, ale bardziej z grzeczności, bo ani go mój żart nie rozbawił, ani placek chyba mu nie za bardzo smakował.

Ktoś tam mnie woła zza kuchennej wyspy, ufff, uratowana z niezręcznej rozmowy z Feliksem, chwytam butelkę prosecco i leję po kieliszkach z IKEA po kolei Annie, Marco, Agnieszce, Sonii. Wszyscy wybuchają śmiechem zagłuszając na chwilę dziecięcy hałas.

I tak oto siedzę w mojej kuchni Babel, w miejscu zderzenia narodowości, kultur, religii i czuję się jakby właśnie dochodziło do ogólnoświatowego pojednania, tu i teraz, gdzie serbska muzułmanka rozmawia o robieniu rzęs ze szwajcarską protestantką, syryjska jazydka podtyka polskiemu ateiście pod nos talerz domowej roboty hummusu, a tenże ateista śmieje się na głos z żartu włoskiego katolika.

Nagle dziewczyna z Syrii się oddala, siada na kanapie i zaczyna cicho płakać. Podchodzę, pytam, co się stało. SMS od rodziców. Bombardowanie w Syrii, nie wie co z jej bratem. Nikt poza mną nie widzi, co się stało, bo ona szybkim ruchem ręki ociera zły z policzka i mówi, że przeprasza, że muszą iść i woła swoje dzieci. Odprowadzam ją do drzwi, przytulam do siebie i żegnam. Mam świeczki w oczach.

Wracam do kuchni. Przybiega znowu Mati i krzyczy do mnie: – wo isch d’Torte?! Obracam się w jego kierunku i odpowiadam mu po szwajcarsku – spöter.

Jedna odpowiedź do “Multikulti (czyli szkic opowiadania, które nie trafiło do książki)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *