Mariusz i Suma Wszystkich Serów

Mariusz nabił kawałeczek chleba na widelczyk i zanurzył w garnku z gorącym fondue. Kolejny udany rok za nim. Kolejny rok w Szwajcarii. Sukces materialny, jakiego by się te 10 czy 15 lat temu nie spodziewał, stał się jego udziałem. Kolejny udany projekt, awans na dyrektora operacyjnego w jego firmie. Kolacja w luksusowej restauracji na szczycie górującego nad Zurychem  Uetliberg była uwiecznieniem ostatnich miesięcy.

Wyjął widelczyk z chlebem ociekającym fondue. W jednym momencie uderzył go zapach, ale nie był to zapach szwajcarskiego sera. To był delikatny, nieco mdły zapach serka topionego.  Wtedy przypomniał sobie o ojcu.

To była polska wersja “amerykańskiego snu” tamtych czasów. Ojciec zbudował dom, spłodził syna, posadził nawet nie tyle drzewo, co solidny kawałek lasu.

Dorabiał się w Niemczech, pod koniec lat 80 i na poczatku 90 jeździł tam regularnie i spędzał całe miesiące. Miał głowę na karku i próbował rozkręcać różne biznesy, handlował co nieco na giełdzie. To dzięki ojcu Mariusz pierwszy na osiedlu miał komputer – Atari. Pamiętał, jak zbierali się wokół niego, włączali przycisk play na podłączonym magnetofonie i w ciszy modlili się, by gra wczytała się bez problemu. Montezuma’s Revenge. Dziś grywał w to czasem na telefonie.

Ojciec był skromnym, uczynnym facetem. Oszczędzał praktycznie wszystko, co zarabiał za granicą. Pieniadze pakował w budowę domu, potrafił też wspomóc sąsiadów w potrzebie. Sam dla siebie raczej nie szukał rozrywek i nie potrzebował wiele od życia.

Lubił za to jeść serki topione. Pochłaniał ich niesamowite ilości. Takie w formie małego prostokąta w sreberku. Jeden chyba nawet miał nazwę „złoty ementaler”, ale Mariusz wątpił w jakiekolwiek związki serka ze szwajcarskim Emmentalerem.

Ojciec był jednym z przykładów kariery emigranta zarobkowego z tamtych lat. Inne czasy, inne realia. Mariusz wyjechał za granicę już parę lat po wejściu Polski do Unii. Podróżował głównie samolotami, jego ojciec nieco podrdzewiałym polonezem. Mariusz nie musiał przywozić konserw i serków. Firma dbała o jego wikt i opierunek.

– Może wina, Marius? – zapytała koleżanka z pracy. Szwajcarzy zawsze ucinali „z” z końcówki jego imienia. Tak było łatwiej, nikt nie musiał mocować się z polską wymową głoski „sz”.

Ojciec odniósł sukces , jak na tamte czasy, harując jak wół, jedząc zabrane z Polski zapasy i te swoje serki. Niedługo przyszło mu cieszyć się z efektów swojej pracy. Rak. Trzy miesiące i było po wszystkim. Gdy Trzecia Rzeczpospolita wchodziła w kolejną fazę rozkwitu po przyłączeniu do Unii Europejskiej, ojciec od dobrych 8 lat już nie żył.

Marius, pytałam czy chcesz wina? – ponagliła koleżanka.

Mariusz był nadal zapatrzony w trzymany w dłoni widelczyk z chlebem w fondue. Próbował odnaleźć zapach sera topionego, który jeszcze parę minut temu dawał o sobie znać tak intensywnie.

Poza charakterystycznym wonią fondue i wybijającą się spod niego nutą wina, nie poczuł jednak już nic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *