Jan i Życie Na Bogato w Szwajcarii

Taki to pożyje, takiemu to dobrze! – zaśmiał się Arek na koniec rozmowy. Jan milczeniem zignorował tą uwagę. Stał, czekając, aż zwolni się miejsce na przydworcowym parkingu w Aarau. Pięć oznaczonych cyframi miejsc. Wszystkie zajęte od przynajmniej dwudziestu minut, podczas gdy regulaminowy czas parkowania nie powinien przekraczać minut piętnaście.

Był pewien – gdyby to on tam zaparkował, w przeciągu 60 sekund po upływie ostatniej opłaconej i regulaminowej minuty miałby za wycieraczką mandat.

Fahred Sii uuse? – zapytał łamanym dialektem kolesia, który podszedł do jednego z samochodów. Gość kiwnął potwierdzająco głową. Wyjeżdzał.

Jan zaparkował na jego miejscu i podszedł do parkometru. Automat przyjmował monety o nominale 10, 20, 50 Rappenów i potem 1 i 2 Franki. On w portfelu miał jedynie rappenowe piątaki. Monety wzgardzone i nieakceptowane praktycznie nigdzie. Szwajcarskie pięciogroszówki. Nikomu niepotrzebne. To była jedna z tych rzeczy, która wkurzała go niemiłosiernie – miał tych pięciogroszówek w domu trzy słoiki, a nie mógł się ich pozbyć.

No, dobra, ryzyk fizyk – pomyślał i zostawił samochód na parkingu bez płacenia. Chciał tylko zamówić coś w lokalnym azjatyckim bistro i znikać do domu.

W Scent of Bamboo śmierdziało tłuszczem. Podszedł do kontuaru, nie musiał sięgać po kartę. Zawsze zamawiał to samo. Kurczak z bazylią tajską i chilli. 16.50 Franka na wynos. Oczywiście jak zwykle, obsługa go ignorowała – śmiali się, gadali między sobą, jego mieli w dupie.

Hallo! Kann ich bestellen? – zawołał. W końcu podeszła kelnerka by przyjąć zamówienie. Zum hier essen? – na miejscu? – nie, zamawiał na wynos. Powiedział jej co chce. Ona obróciła się, odeszła na chwilę. Po czym wróciła, by się upewnić – Rindfleisch, oder? Oczywiście, że pomyliła zamówienie – nie, chcę poulet – kurczaka – powiedział poddenerowanym głosem.

Wyciągnął z portfela 50 franków. Do pierwszego zostało jeszcze trzy dni, pomyślał, że jakoś dociągnie za to, co mu zostanie, ale tego kurczaka to musi zjeść, choćby nie wie co.

Skąd się wzięły problemy finansowe? – to wiedział doskonale. Kochał styczeń, bo to był miesiąc, w którym wszyscy sobie przypominali o płatnościach. Na przykład to ubezpieczenie za samochód płacone w cyklu rocznym – zawsze w styczniu, a odkąd przydupczył w tamtą Skodę stawki ubezpieczenia poszły do góry. Dorzucając do równania jego pozwolenie na pobyt z literką B i pochodzenie: Polska, był na straconej pozycji, jako, że firmy ubezpieczeniowe w Szwajcarii kochały obdzierać z kasy cudzoziemców, każąc im płacić nawet dwukrotność stawek dla Szwajcarów. Miał dziadka w Wehrmachcie, ale ze wstydu nigdy nie starał się o niemiecki paszport. No i teraz jakieś 1000 franków rocznie płacił frycowe.

Kto bogatemu zabroni – jakże wkurwiało go to popularne w Polsce powiedzenie. Po pierwsze, bogaty się nie czuł, po drugie… czy ja się naprawdę mam całe życie kurwa tłumaczyć, że pracuję na budowie w Szwajcarii i zarabiam we frankach? Trzeba się było uczyć fachu i też wyjeżdzać, a nie rżeć przez telefon jak koń – pomyślał z goryczą o swoim kumplu, z którym rozmawiał kilkanaście minut wcześniej.

Tymczasem kurczak czilli bazylia wjechał na kontuar. Jan zabrał pudełko z jedzeniem i wolnym krokiem wrócił do samochodu.

Za wycieraczką był mandat opiewający na 40 Franków. Gdy wsiadł do samochodu, przyszedł sms.

„Siemanko stary, frank w dół, chyba sobie nie kupisz tego Cayenne heheheheheh. Arek”.


Zdjęcie: Dark Manufacture

3 odpowiedzi do “Jan i Życie Na Bogato w Szwajcarii”

  1. Ah i te polskie szczęście że ktoś czegoś nie osiągnie bo kurs franka w dół “hehehehehe” 😉 ale taka Szwajcaria jest, płacić płacić i płacić. Pomimo taniego mieszkanie z Genossenschaft i tak lekka ręka 2500 miesięcznie to same rachunki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *