Imprezowe życie na krawędzi

W nowoczesnym, położonym niedaleko dworca Zurich Oerlikon mieszkaniu dochodziła pierwsza w nocy, kiedy do drzwi wejściowych ktoś zadzwonił. Głośne rozmowy nagle ucichły, ktoś szybko wyciszył muzykę, wszyscy zamarli niczym manekiny na wystawie sklepowej. O tej porze nie można było się już spodziewać gości, wszyscy byli od paru godzin na miejscu. Może ktoś zamawiał kebab? Nikt nie zamawiał kebaba.

Po chwili dźwięk dzwonka rozległ się ponownie. Tym razem był dłuższy, przeciągły, tak, jakby ktoś nerwowo przyciskał go znacznie mocniej, niż wymagała tego potrzeba. Anna – gospodyni imprezy – poderwała się z krzesła i podbiegła do drzwi.

W sumie wiedziała, czego się spodziewać. To nie był pierwszy raz, i zapewne nie był to raz ostatni. Wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi. Przed nią wyrosła jej sąsiadka, Szwajcarka. Pani w średnim wieku. Z gniewem w oczach.

– Pani wie, która jest godzina!? Ludzie chcą spać! A u was znowu głośno! To jest niedopuszczalne! – głos Szwajcarki był skrzeczący i nieprzyjemny. Jeśli natychmiast nie uciszycie, wzywam POLICJĘ!

Anna nie wiedziała za bardzo co jej odpowiedzieć, przeprosić, przeprosi, po raz kolejny, że w sobotę wieczór jest u niej nieco głośniej, bo ludzie po prostu czasem chcą się bawić, a nie wegetować. Tymczasem w tym nowoczesnym bloku, w mieszkaniu o gładkich, śnieżnobiałych ścianach z olbrzymim oknem tarasowym odgradzającym salon od tarasu z widokem, z gatunku tych naprawdę robiących wrażenie widoków, nie wolno było się głośno śmiać, głośno tupać, głośno oddychać, więc to, co działo się teraz – domówka z umiarkowanie hałaśliwą muzyką w tle i roześmianymi goścmi było niemal bluźnierstwem.

– Entschuldigung – Anna spojrzała przepraszająco na sąsiadkę i wypowiedziała jedno, jedyne słowo, na które mogła się teraz zdobyć. Wchodzić w dyskusję z tą dopaloną, wkurwioną jak sto pięćdziesiąt Szwajcarką było ostatnim, na co miała teraz ochotę.

Zamknęła drzwi i wróciła do gości.

– Czy ona powiedziała Polizei? Policja, serio? Z powodu TAKIEJ domówki – ktoś z gości nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło.  – A niech wzywa Polizei? – krzyknął ktoś inny. Zapłacimy, ile będzie trzeba i każemy im SPIERDALAĆ! – No, nie wiem, czy oni tak szybko… spierdolą – Anna szybko skomentowała nietrafioną propozycję kolegi. – Wychodzi na to, że musimy być cicho.

Muzyka została wygaszona na dobre, wyjście na taras zamknięte na cztery spusty, a impreza zaczęła powoli, pozbawiona naturalnych substancji odżywczych w postaci muzyki, śmiechu, krzyków i gromko krzyczanego „na zdrowie”, umierać. Ktoś zaczął przysypiać na krześle, ktoś inny zaczął zbierać się do domu, a świat realny, od którego uczestnicy domówki pragnęli się choćby na te kilka godzin uwolnić, włożył już stopę w półotwarte drzwi mieszkania i niczym tamta natrętna szwajcarska sąsiadka raz po raz wciskał dzwonek krzycząc: – DZIĘKUJĘ, DOBRANOC, KONIEC IMPREZY!

Pierwsze osoby zaczęły po cichu opuszczać mieszkanie, przemieszczając się po cichu, niczym zawodowi żołnierze zachowujący szczególną ostrożność w obliczu nieuchronnego zagrożenia i szwajcarskiej Godzilli tylko czekającej na malutki błąd, na drobniutki hałas, na nawet najcichszy szept i najpłyszy oddech.

Anna zrezygnowana opadła na sofę. W planie mieli zabawę do czwartej, piątej rano. Chciała zatańczyć poloneza. Zakończyć własną imprezę mocnym, autorskim akcentem, w końcu kto tutaj tańczy poloneza na domówkach, i tym tradycyjnym polskim tańcem oddać hołd krajowi swojego pochodzenia. Tymczasem nie dobiły nawet do drugiej w nocy, a ich imprezowy maraton miał się przedwcześnie skończyć. Może nadszedł jej czas? Może trzeba odpuścić? Przywyknąć, że tu, w Szwajcarii na dziko się nie da? Że tu nawet zuryskie, knajpiane ogródki i imprezownie zamykają swoje podwoje o dwunastej w nocy, podczas, gdy taki Bangkok praktycznie nigdy nie śpi. Ale to nie Bangkok, tu się w nocy odpoczywa, tu się nabiera energii na kolejny dzień pełen rutynowych wyzwań i odmierzanej linijką rzeczywistości.

I gdy już resztki gości dogorywały na krzesłach, kanapach i pufach, a impreza wkroczyła w finalne stadium własnej agonii, podeszła do niej współlokatorka.

Spojrzała na nią i rzekła:

– Nie ma wymówek. Czasem są tylko konsekwencje….

…włączaj poloneza.


Powyższe mikroopowiadanie pochodzi z darmowego ebooka “Mersi filmol – strony b” zawierającego opowiadania i szkice opowiadań, które nie znalazły się w oficjalnej książce “Mersi filmol – mikroopowiadania ze Szwajcarii”.

Książka i ebook są dostępne w autorskim sklepie internetowym:

Sklep Swiss Tales

Jedna odpowiedź do “Imprezowe życie na krawędzi”

  1. Pamietam jak nasza starsza sąsiadka z dołu kiedyś zapytała:
    – Czy jesteście nowi w mieszkaniu? Czy na prawdę musicie każdego wieczora koło 22 włączać elektryczna wiertarkę?….

    Zamurowało nas.
    Długo się zastanawialiśmy o co jej chodziło….
    Ok. 22 wyłączany był automatyczny wentylator w łazience i dźwięki między mieszkaniami musiały się głośniej wtedy rozchodzić przez wentylacje. A wiertarka okazała się szczoteczka elektryczna do zębów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *