Czemu Nas Tam Nie Ma Gdzie Za Darmo Wszystko Dają

Są krainy cudne, gdzie wszystko można mieć / Nic tam nie jest trudne, nie trzeba nawet chcieć (“Wędrówka” Lady Pank)

– No i leżę sobie wygodnie na środku marchewkowego pola, mając wszystko tak głęboko w dupie, jak nie miałem nigdy wcześniej, gapię się na otaczający mnie łańcuch Alp, krowy muczą, świnię chrumczą, kury gdaczą, taka sielanka, jakiej dawno nie miałem. A to wszystko z powodu jakiegoś kibla w piwnicy polskiej restauracji w Zurychu i fioletowego portalu, który wciągnął mnie do równoległej, alternatywnej wersji szwajcarskiej rzeczywistości. Aargau, tu się kurwa  oddycha!

Sławek rozmarzył się na dobre i miał na to czas. Ruth – jego szwajcarska pracodawczyni dawała mu spore luzy, dobrą pensję, taką nie za niską i nie czepiała się niczego. Kontrakt na dwanaście miesięcy.

Ten cały portal to był taki totalny zbieg okoliczności w jego życiu, bo po tamtej stronie był już nieco w życiowej dupie, tu za to – miód malina! – nie mógł wyobrazić sobie lepszego rozwoju sytuacji. I nawet niespecjalnie interesowała go naukowa podstawa czy też realność istnienia portalu, którym przeszedł z kibla w polonijnej restauracji do wychodka, gdzieś na uboczu miasteczka w alternatywnej wersji kantonu Aargau.

Nie pamiętał już nawet jak dostał tę robotę. Ruth powiedziała mu tylko, że kontrakt na dwanaście miechów, robota przy marchewkach i za nic nie musi płacić, znaczy się, wszystko coś tam kosztuje, ale on ma jakby na krechę, ale rozliczą się po roku. Pić, jeść, spać, TAMAGOCZI! – krzyknął prosto w powietrze i poderwał się z koca. Dziś dobiegał koniec jego kontraktu. Rozmowa roczna z pracodawczynią i zobaczy się co dalej. Jeszcze na chwilę się rozmarzył na wspomnienie o ubiegłych dwunastu miesiącach.

Co ciekawe, spotkał tu nawet Polonię! Jakaś dziewczyna sprzedawała kiełbasy i przetwory. Odwiedził ją. I tu było jego pierwsze zaskoczenie. Do teraz pamiętał tamtą rozmowę.

– Po ile ta kiełbasa? Trzydzieści franków kilo? Pierogi po dwadzieścia? Nie no, pani wie, ile to w Polsce kosztuje? Ja taką kiełbasę to mam za maksimum trzydzieści złotych kilo i to taką, że Szwajcarzy płakaliby ze szczęscia, jakby ją jedli. A tu pani mi z taką zaporową ceną wyskakuje! Bo cło? Bo transport? Bo robota? Bo czas poświęcony? Nie, no, ja to rozumiem, ale PAAAANI! Ile takie cło, taki transport kosztuje?! No grosze! GROOOOSZE! Dam pani maksiumum dziesięć franka za kilogram!

– Dobrze – odpowiedziała mu sprzedająca kiełbasę wesoła blondynka. Dostanie pan, po takiej cenie, jaką pan podał.

– Ooo, i to rozumiem – Sławek nie krył zadowolenia. Rodak z rodakiem się zawsze dogada! Coś jednak go mierziło, normalnie taki numer by nie przeszedł.

Jak się potem okazało, nie był odosobniony przypadek.

Kolejne miesiące upływały sielankowo, a negocjacje cen były tak proste jak nigdy. Po drugiej stronie lustra, a właściwie portalu takie rzeczy by nie przeszły, tu doszło do tego, że w szwajcarskich sklepach dostawał wszystko po polskich cenach, a oni mu jeszcze uśmiechy słali, ręce podawali i geszecte kunde nazywali.

No, ale pyknął mu już rok i trzeba by było pogadać z Ruth, zgarnąć hajsiki za robotę i migrować przez kiblowy portal z powrotem do tamtej Szwajcarii, gdzie czekali znajomi.

Spotkali się w jej gospodarstwie. Ruth spojrzała na Sławka przenikliwym wzrokiem.

– Guten Tag, mein Schatz. Rok pracy za tobą. Czas na nasze rozliczenia. Wiesz, mein Schatz, radziłeś sobie całkiem nieźle, kryje się w tobie mały negocjator, dostawałeś polskie ceny, kiełbaska za 20 złotych, ciasta za dziesięć, pączki za równowartość złotówki, fryzjer za złotych piętnaście. Fajnie się żyło, prawda? Ale wiesz, mein Schatz, przyroda nie znosi braku równowagi. Za każdym razem, gdy płaciłeś po polskich stawkach, twoja pensja analogicznie malała, dopasowywała się niczym kameleon, do tych ukochanych przez ciebie polskich cen. I dobrnąłeś do punktu, gdzie po dwunastu miesiącach nie masz nic… Ach, przepraszam, masz. Dług, na kilkaset tysięcy franków. Ale nie przejmuj się. Nie musisz go spłacać w walucie…

 – Ale moja… moja kasa! – krzyknął zszokowany Sławek.

– Bierzcie go! – krzyknęła Ruth, a ze stodoły wybiegły dwa krasnoludy i błyskawicznie ruszyły w stronę Sławka.

Sławek nie wahając się zerwał się z miejsca i zaczął biec w kierunku wychodka z portalem do normalnej wersji rzeczywistości. To było jakieś kilkaset metrów, ale wierzył, że szwajcarskie krasnoludy nie mają z nim szans. W ogóle – co to za pomysł! – krasnoludy! Z tym, że biorąc pod uwagę podsumowanie wydarzeń ostatnich miesięcy, już chyba nic nie powinno go zaskoczyć.

Biegł myśląc o zaoszczędzonych frankach, których w sumie nie zaoszczędził, o sielance, która właśnie przemieniała się koszmar i modlił się w myślach do wszystkich słowiańskich bóstw, by portal tam jeszcze był, a on mogł wrócić. Przysięgam, pojadę do pierwszej, która się ogłosi na forum z bigosami, pierogami, ciastami czy kiełbasą i kupię wszystko po wyznaczonej cenie. Tylko, błagam, dajcie mi dobiec, dajcie mi stąd spieprzyć!

Do drzwi drewnianego domu z kiblem zostało już kilkadziesiąt metrów, Sławek zacisnął zęby i przyspieszył. Jeszcze tylko parę sekund…

W tym momencie poczuł uderzenie i z impetem upadł na ziemię. W klatkę piersiową wbiły mu się rogi kozła, który przed chwilą go staranował.

– Dahu! – krzyknęła Ruth, która zdążyła właśnie dobiec i doścignąć Sławka.

– Dahu!? – Sławek skojarzył tą nazwę. Ten legendarny koziołek alpejski Dahu? Z łapkami krótszymi po jednej stronie? Jakoś mu te łapki nie przeszkodziły, by mnie dopaść. No, to pozamiatane, mersi filmol, ufwiderluge, dziękuję, dobranoc! No, to mam za swoje, a wystarczyłoby… – Sławek nie dokończył myśli i stracił przytomność. W obecnej sytuacji może nie było to złym scenariuszem, zwłaszcza, że głodny od tygodnia Dahu zaczął dobierać się do jego wnętrzności…

Przerwałem czytanie i podniosłem wzrok znad laptopa. Radomir leżał na kanapie, jego mała, ledwie roczna córeczka spała tuż obok niego. Nasze żony oddawały się w międzyczasie jogicznym powitaniom słońca gdzieś poza domem.

– I co myślisz o opowiadaniu, Rado? – zapytałem.

– Nie no, spoczko. Ale wiesz, ten bohater opowiadania – Sławek, młody, prosty chłopak, szukający szczęścia w Szwajcarii. To nic dziwnego, że jest łasy na pieniądze i niełasy na ich wydawanie, a co za tym idzie kombinuje. Mnie bardziej martwią ci wszyscy siedzący tu od lat na szwajcarskich pensjach i spinający się o każdy grosz, byle taniej, a najlepiej za darmo. Ile zarobisz w Polsce? Dajmy na to, że te dwa, trzy tysiące złotych masz na rękę. Idziesz do fryzjera, zapłacisz jakieś piętnaście złotych, może dwadzieścia. Tu – dajmy na to, wyciągasz te dwa, trzy tysiące franeczków, za fryzjera płacisz w salonie jakieś dwadzieścia franków. Proporcje są podobne, ale i tak znajdzie się ktoś, kto dorabiającej tu fryzjerce będzie wypominał, że w Polsce to on pięć franków w przeliczeniu płaci. Albo że tam pączek za dwa złote, a tu za dwa franki. No więc, twoje opowiadanie niby jest spoko, ale to raczej nie ci młodzi kolesie są problemem. W sumie to gatunek emigrancki chyba jest problemem.

Radomir chyba po raz pierwszy odniósł się krytycznie do mojego opowiadania, a mnie zrobiło się nieco głupio. Nie mogłem jednak nie przyznać mu racji, młodzi, małomiasteczkowi chłopcy rzucający kurwami na prawo i lewo to idealny materiał na nafaszerowane stereotypami opowiadanie.

Kliknąłem ikonkę dyskietki i zapisałem dotyczasową pracę.

– Wiesz, chyba masz rację, Rado. Ale zbierajmy się już i jedźmy do Kauflanda, bo nam zamkną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *