Cnota Oszczędzania

Jest takie szwajcarskie powiedzenie – kto nie szanuje rappena, nie jest wart franka. Oszczędność. Szwajcarska cnota. Nigdy bym nie pomyślała, że specyficzny szacunek do pieniędzy stanie się napędem wydarzeń, które miały miejsce w naszym życiu. Mam na imię Marta i opowiem wam historię, w którą sama nadal nie jestem w stanie w pełni uwierzyć.

Byliśmy parą emigrantów, jak wiele innych. Do Szwajcarii przyjechaliśmy ze względu na Adama. Otrzymał dość intratną propozycję od jednego ze szwajcarskich banków. Ponad sto dwadzieścia tysięcy franków rocznie. W porównaniu do tego, co miał w Polsce, to był majątek.

Równo trzy miesiące po rozpoczęciu pracy Adam przyniosł do domu nietypową świnkę skarbonkę. Był to prototyp produktu, który bank Adama miał dopiero wprowadzić na rynek. Elektro Świnka-Skarbonka miała wyrabiać w ludziach nawyk oszczędzania, który samym Szwajcarom obcy nie był, ale pozostawała ogromna rzesza imigrantów, którzy z pieniędzmi obchodzili się nierzadko dość pochopnie. Świnka-Skarbonka miała być inicjatywą wspierającą poprawę sytuacji na tym polu.

Była wielkości przeciętnej zabawki dla dziecka, zamiast ryjka miała ekran, na którym wyświetlały się komunikaty motywujące dooszczędzania i zaoszczędzona kwota. Świnka pozwalała także ustalać cele oszczędnościowe. A za każdym razem, gdy do dużej dziury na jej grzbiecie trafały pieniądze wydawała niski dźwięk przypominający odgłos – mniam, mniam, mniam.

Adam zawsze lubił znajdować okazje, to była taka niegroźna forma szukania oszczędności. A to kupony rabatowe, a to jakaś promocja wypatrzona niczym złota igła w stogu marketingowego siana. Był wręcz stworzony dla bycia beta-testerem Świnki-Skarbonki.

Pamiętam ten moment, gdy Adam po raz pierwszy włączył świnkę. Na jej ryjko-wyświetlaczu po włączeniu pokazały się poziome, jasne kreski symbolizujące oczy i pikselizowany ryjek. Świnka działała na baterie. Przywitała nas słodkim chrumkaniem i jednym słowem – GRUCI.

Początkowo postanowiliśmy wrzucać do świnki drobne kwoty. Rezygnujemy z chipsów i wina na wieczór? Zaoszczędzone piętnaście franków leci wprost do świnki. Mniam, mniam, mniam. Adam bardzo szybko wkręcił się w całe to oszczędzanie. Powoli jednak sprawy zaczynały przybierać dziwny obrót.

Przełomem był moment, gdy Adam wyczytał, że przeciętny Szwajcar ma pięćset tysięcy franków oszczędności. Dla Adama zebranie tej kwoty stało się celem nadrzędnym, misją.

Supermarket Coop wyprzedawał codziennie przecenione o 50% produkty z krótkoterminową datą spożycia. Po jakimś czasie Adam kupował już wyłącznie tylko to, różnicę cenową wrzucając do świnki. Zaczął prowadzić miesięczny budżet i ewidencję wszystkich wydatków. Zlikwidował moje konto, uznając, że niepotrzebne nam dwa, a prowizje bankowe za prowadzenie konta lepiej wrzucić do świnki. Wiesz kochanie, świnka musi jeść, a ja muszę nakarmić świnkę – powiedział słodkim głosem i wtedy po raz pierwszy przeszły mnie dreszcze.

Do pierwszej poważniejszej kłótni doszło przy okazji Walentynek. Adam stwierdził, że to zbędny wydatek, bo i tak mnie kocha. Pieniądze przeznaczone na kolację trafiły do świnki. Mniam, mniam, mniam. Potem przepraszał, tłumaczył, że jeśli chcemy mieszkać w Szwajcarii i w pełni się zintegrować, musimy mieć oszczędności. Jak Szwajcarzy. Pięćset tysięcy franków na koncie. Nasz gwarant pełnej integracji.

Po roku intensywnego oszczędzania na wyświetlaczu świnki pojawiła się kwota 53 323 CHF. To było zdecydowanie za mało.

Adam zweryfikował wszystkie umowy. Internet za 100 franków miesięcznie? Zbędny. Telefon komórkowy w abonamencie? Po co nam, to 50 franków w błoto, nie będziemy przepłacać. Nie przedłużył mojego abonamentu na komunikację publiczną – po co, skoro mamy rowery – stwierdził nie uznając żadnego z moich argumentów. Sprzedaliśmy także samochód. Przestaliśmy kupować nowe ubrania, łowił okazje nagrupach facebookowych.

Dobiliśmy do 123 340 franków oszczędności. Nadal sporo poniżej granicy, którą narzucił nam Adam.

Mój mąż schudł okropnie. Był cieniem faceta, z którym przyjechałam do Szwajcarii. Nasze wydatki zredukował do niezbędnego minimum i tylko dzięki  moim małym, zachomikowanym… haha, o ironio… oszczędnościom było mnie stać na drobne przyjemności.

Pewnego piątku przyszedł do domu bardzo pobudzony. W ręku trzymał grubo wypchaną kopertę. Nie byłam zaskoczona, bo tego dnia miał dostać w pracy roczną premię, piętnaście procent jego rocznej pensji. Czekaliśmy na te pieniądze, planowaliśmy jeszcze parę miesięcy temu, że pojedziemy za nie do Tajlandii. Mimo to, zapytałam go, co tam trzyma. Spojrzał na mnie błędnym wzrokiem i powiedział tylko:

– Muszę nakarmić świnkę.

– Ale Adam – zaprotestowałam – te pieniądze miały być na wakacje, na nasząspóźnioną podróż poślubną.

W reakcji na to powtórzył tylko nieco silniejszym głosem: – muszę nakarmić świnkę.

Do oczu napłynęły mi łzy i krzyknęłam: Adam, proszę Cię, PRZESTAŃ!

– MUSZĘ… NAKARMIĆ… ŚWINKĘ! – wrzasnął na mnie i ruszył w stronę stojącej na regale świnki-skarbonki. Próbowałam go zatrzymać, on jednak popchnął mnie z całej siły na podłogę nie przestając krzyczeć MUSZĘ NAKARMIĆ ŚWINKĘ MUSZĘ NAKARMIĆ ŚWINKĘ MUSZĘ NAKARMIĆ ŚWINKĘ!

Pobiegłam do kuchni, chwyciłam patelnię i zanim zdążył wrzucić zawartość koperty do skarbonki, uderzyłam go z całej siły w głowę. Upadł na ziemię zalewając się krwią. Nieprzytomnego zaciągnełam go do piwnicy i zamknęłam drzwi na klucz. Potem zabrałam świnkę z regału, wyciągnęłam z niej baterie i rzuciłam z całej siły o ścianę rozbijając jej wyświetlacz. Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać.

Ocknął się po kilku godzinach. Trwało to trochę, ale w końcu obudził się na dobre i zaczął walić pięściami w drzwi piwnicy. Cały czas krzycząc MUSZĘ NAKARMIĆ ŚWINKĘ. W końcu krzyk zamienił się w niewyraźny bełkot. Czas robił swoje, a on w końcu musiał zacząć opadać z sił. Wtedy jeszcze myślałam, żeby zadzwonić na policję, ale w najlepszym przypadku zostałabym wydalona ze Szwajcarii. Walenie pięściami w drzwi przeszło w drapanie, tak, że niemal czułam jak pękają mu paznokcie i zdzierają się opuszki palców. Włączyłam muzykę, nalałam sobie lampkę wina i usiadłam na kanapie. W kącie pokoju leżała rozbita Świnka-Skarbonka. W nocy miałam wrażenie, że mnie woła, że jest głodna i chce choć jednego franka, ale to raczej wyobraźnia płatała mi figle.

Przez kolejne tygodnie żyłam tak, jakby nic się nie wydarzyło. Musiałam włożyć trochę wysiłku w usprawiedliwienie nieobecności Adama w pracy. Nie mieliśmy tu wielu znajomych, więc pod tym względem nie było problemu. Rodzina w Polsce od dawna się z nami nie kontaktowała, tu także ewentualne, niewygodne pytania nie wchodziły w grę.

Przez pierwsze osiem tygodni od tamtego wypadku miałam koszmary. Widziałam obłąkany wzrok Adama, a głowę rozsadzał mi krzyk – MUSZĘ NAKARMIĆ ŚWINKĘ. Brałam tabletki nasenne, czasem się upijałam i tak udawało mi się przetrwać kolejne noce.

Dziewiątego tygodnia zdecydowałam się otworzyć drzwi od piwnicy. Nie zobaczyłam nikogo, ale uderzył mnie tak potworny smród,  że natychmiast zamknęłam drzwi. Potem podeszłam do miejsca, gdzie od tygodni leżała Świnka Adama, wzięłam ją do ręki, otarłam z kurzu i postawiłam na stole.

Teraz, gdy kończę pisać te słowa ona stoi dokładnie przede mną. Na jej powierzchni widać wyraźne wgniecenia, ryjko-ekran przecina zygzakowate pęknięcie, komora na baterie jest nadal pusta.

Ale Świnka-Skarbonka tu jest i patrzy na mnie swoimi żarzącymi się czerwonym światłem oczami złożonymi z poziomych kresek. Mruczy do mnie uspokajająco i wyświetla na zmianę kwotę i napis. JUŻ 160 304 CHF. OSZCZĘDZAJ DALEJ!

W ręce ściskam tamte pieniądze, których Adam nie wrzucił do środka. Są nieco podniszczone i poplamione jego krwią. I tak myślę, że… może jednak… może choć sto franków… tylko troszkę… po prostu czuję… coraz silniej czuję… tak bardzo… że muszę… ja muszę… nakarmić…

…świnkę.

Jedna odpowiedź do “Cnota Oszczędzania”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *