Autobusem Do Helwecji

LAJF IS LAJF, NANANANANA! – ryknęło z głośników, ale speszony kierowca zaraz ściszył muzykę. Stali już na granicy szwajcarsko-niemieckiej i nie chciał na siebie niepotrzebnie ściągać dodatkowej uwagi. Wystarczyły polskie rejestracje autobusu by skrupulatnym szwajcarskim celnikom włączyła się lampka alarmowa i ochota na przeszukiwanie bagaży pasażerów. Papierosy, konserwy mięsne, kaszaneczka, wałówka od mamy, może jakaś  jedna czy druga butelka wódki. Autobus z Polski oznaczał dla nich szansę uzupełnienia konfederacyjnej kasy. Blankiety na mandaty i kugelszrajbery z wysuniętymi ostrzami czekały już w pogotowiu.

W przeciwieństwie do granicy polsko-niemieckiej tu było dość nudno. Żadnych wielkich szyldów krzyczących GELDWECHSEL, ZIGARETTEN, EXCHANGE 24/7. Żadnego zgiełku, większych śladów życia, poza równo ustawionymi w rzędzie ciężarówkami czekającymi na odprawę i celnikiem łaskawym gestem przepuszczającymi kolejne samochody osobowe na drugą stronę granicy. Mało to wszystko imponujące, jak na kraj, gdzie w przeliczeniu spokojnie wyciągało się ponad pięć tysięcy złotych na rękę albo i więcej.

Mario – tak mało oryginalnie nazywali go kumple – spojrzał przez szybę. Do autobusu zbliżał się już szwajcarski celnik. Mario nie miał w torbie niczego nadprogramowego, więc nie obawiał się potencjalnej kontroli. Dla pewności przeliczył szybko w głowie – pięć butelek Warki Strong po pół litra każda to dwa i pół litra, zostaje jeszcze drugie dwaipół, pięć litra na łeb. Mięsa nie miał. Palić, nie palił.

Zaczęli kontrolować wyrzucając kolejne bagaże z luku autokaru. Parę osób oderwało się od swoich siedzeń, przykleiło nosy do szyby autokaru i zniecierpliwone patrzyło na ręce urzędników szwajcarskiej służby celnej przepatrujących kolejne bagaże. Kurwa, żeby tylko nie mój – wyrwało się jakiemuś kolesiowi z tyłu.

W sumie zabawne – pomyślał Mario – historia tak chciała, że to tu – w Szwajcarii – właśnie my – Polacy – jesteśmy szczegółowo kontrolowani, my kontrolujemy za to Ukraińców i całą resztę braci Słowian ze Wschodu odczuwając przy tym jakąś dziką satysfakcję, formę rewanżu za nasze upokorzenia, bo skoro oni nam tu na Zachodzie dopierdalają, to my wam i tak leci ta spirala dopierdalania sobie nawzajem z Zachodu na Wschód, aż trafia wreszcie na jakieś opuszczone przez Boga narody i plemiona, którym dopierdalają wszyscy, ale które same dopierdolić nikomu nie mogą. Urodziłbym się tu jako jakiś szwajcarski HansRuedi z głębokiej wsi gdzieś w kantonie Uri to nawet będąc plebsem, byłbym panem względem całej tej masy emigrantów zarobkowych, ale no cóż, taka była widocznie wola Wszechświata, że mam to, co mam. Całe szczęście, że autokary już lepsze, z WIFI i siedzenia da się opuścić, bo wyjazdy na Zachód w latach dziewiędziesiątych czy nieco wcześniej to była dopiero jazda po bandzie. Teraz to już jak wycieczka do Disneylandu, wygodna wyprawa prosto na spotkanie z rozdzielającą franki niczym ulotki z zaproszeniami do karuzeli Myszką Miki, a że przy okazji ktoś cię tam przeszuka, wypieprzy rzeczy z bagażu na asfalt, zważy ile to tam tego mięsa czy piwa nawiozłeś, to trudno, do Disneylandu też własnego prowiantu nie wwieziesz, bo i nie za bardzo wolno i nie wypada, na miejscu sobie kupisz, w końcu we frankach będziesz zarabiać, nie dziaduj.

Oczywiście bagaż gościa od „kurważebytylkoniemój” przeszukano i stwierdzono kontrabandę, więc teraz stał tenże przed autokarem i negocjował coś z kierowcą, ale wyglądało na to, że dla niego podróż się zakończyła, przynajmniej na razie, a te jeszcze nie zarobione franki będzie musiał przeznaczyć na busse – karę i pewnie sobie na granicy nieco pokibluje.

Mario rozłożył się na siedzeniu i przymknął oczy. W Wohlen miał czekać na niego Sławek z nagraną robotą, a tymczasem przyda się jeszcze mała drzemka.

Autobus ruszył zdecydowanie przekraczając granicę i wjeżdzając na jednopasmową drogę prowadzącą do Schaffhausen. Kierowca uśmiechął się pod nosem i podkręcił głośnik odtwarzacza. Po chwili najbardziej oklepana melodia świata zagrała na nowo. LAAAAJF! LAJF IS LAJF! – zaśpiewał wąsaty wokalista kapeli Opus.

– Nanananana– dośpiewał Mario i zapadł w sen.


Całkiem Znośna Lekkość Szwajcarskiego Bytu” to cykl pojedynczych historii, fragmentów, kadrów z życia emigrantów w Szwajcarii. To trochę takie mikroopowiadania drogi, nie próbujące na siłę moralizować czy dawać jasnych odpowiedzi. To opowiadania bez puenty, piosenki bez refrenów. Inspiracją dla tych opowiadań są obserwacje, zasłyszane strzępki historii, podsłuchane zdania, uzupełnione wyobraźnią autora.

Jedna odpowiedź do “Autobusem Do Helwecji”

  1. Wstałam wcześniej, bo nie mogłam się doczekać…Dobre, choć za mało Twojego pazura…. Rozumiem, ze to wjazd, potem się rozbujasz?.Na marginesie dodam, ze w latach 90 miałam spore doświadczenia.Pracowalam jako pilot wycieczek. Miałam stałe trasy do Hiszpanii i Grecji…. z przymusowym 7 godzinnym odpoczynkiem, który często wypadał w Ch. Stad moje odniesienia…. Pisz, masz dobre oko i pióro… życzę powodzenis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *