Apetyt na Roesti

Krzysiek – trzydziestolatek z lekką nadwagą, w okularach kujonkach – siedział na kamieniu i gapił się w spokojne lustro wody. Położone w szwajcarskiej dolinie Kloental jezioro było jednym z ostatnich przyczółków grup oporu, które wyparte z miast chroniły się w różnych zakątkach Alp. Tu mieli szczęście, infrastruktura starego kampingu Güntlenau zapewniała schronienie, dostęp do kuchni, toalet.

W ręce trzymał bułkę z kawałkiem flajszkejze. Flajszkejze, mięsoser – pomyślał. Szwajcarzy – jeden z najbogatszych narodów świata, a na obiad wcinają coś co jest mutacją mielonki, mortadeli i tablicy Mendelejewa. Flajszkejze to niby jak nasza mortadela, ale do naszej startu nie miał. Pamiętał z czasów dzieciństwa – te złociste krążki mortadeli panierowane w bułce, pyszne, soczyste, taki erzac kotletów schabowych, bo bida była, a te bida-schabowe jednak to teraz mu w głowie pozostały. A flajszkejze – o Willhelmie Tellu, widzisz i nie grzmisz.

No, ale teraz o polskiej mortadeli mógł tylko pomarzyć. Siedział w samym środku totalnego armageddonu. Gdyby parę lat temu ktoś mu powiedział, że będą na niego polowały zmutowane kartofle – zaśmiałby się, bo wtedy nie przeszłoby mu to przez myśl, chyba, że byłby to jakiś chory wymysł jakiegoś powieściopisarza. Matka Natura dopomina się o swoje i karze ludzkość za rozpieprzanie planety. Był już biblijny Potop, wcześniej plagi egipskie. Zemsta w postaci nasłania na nas krwiożerczych kartofli – widać Matka Natura lubiła też ironię.  W sumie to trochę ta ironia z dupy była, bo Szwajcaria akurat o Naturę dbała, ale może mieli coś za uszami, o czym sam nie wiedział.

No i prztyczek w nos od Historii, jaki tam przytyczek zresztą, duża lepa na ryj, cała Europa w rozkwicie, a tu kartofle od środka Szwajcarię wykańczają. No, ale Unia wypięła się, Unia neutralna, Szwajcarzy nasiali kartofli, niech zbierają plon. Ale on Polak, potrzebującego w pomocy nie zostawi, w końcu jakieś więzy ich tu łączyły. No, po ludzku tak nie można nie pomóc.

Podeszła do niego Annelise. Taka Szwajcarka, co ją jeszcze w czasie ewakuacji z Zurychu poznał. W sumie nawet nie wiedział czy można ją nazwać typową. Taka zwykła, dobre ciuchy, ale jakoś skromnie, włosy spięte w kucyk, brak makijażu, zero zrobionych brwi, tych co masowo w Szwajcarii powstają, w zakątkach mieszkań, w wypasionych salonach Spa Manikjur Pedikjur Make Up Łonderwul Lashes Wimpern Aktion 10% Rabatt.

– Chris, chcesz jeszcze flajszkejze? Mam jeszcze trochę zuercher geschnetzeltes i bratwursta z sosem cebulowym.

Krzysiek pokręcił głową. Nigdy więcej flajszkejze, nigdy więcej, przed tym całym bałaganem robił na kuchni i doskonale znał paletę szwajcarskich specjałów.  Najbardziej smakowało mu to, co Szwajcarzy podpieprzyli od sąsiadów – pizza, spaghetti bolonez, gnioki i na deser aperol spric.

– Wiesz, Rolf i jego grupa kontruderzeniowa planują zasadzkę. Mają zamiar zwabić kartofle w pułapkę w pobliskiej ARA – rzuciła Annelise.

– ARA? – zadumał się. Szwajcarzy i te ich skróty, współczesne hieroglify, niemożliwe do rozszyfrowania przed auslandera.

– Abwasserreinigungsanlage. Oszczyszczalnia ścieków. Wiesz, tam mają takie świdry, Rolf pomyślał, że spróbuje ściągnąć tam część kartofli z okolicy i posiekać. Potem przy użyciu miotaczy ognia przerobią je na roesti – wiesz, tą kartoflaną potrawę z ziemniaków, popularną u nas. Myślisz, że to zadziała?

– Ale jak to? A obgotowali je wcześniej? – zapytał.

– Nie, no chyba nie – odpowiedziała Annelise – no, wiesz oni je tam pokroją na te pasemka…

– Bez gotowanych ziemniaków to żadnego roesti nie będzie, za to będzie im z tylniej części ciała jesień średniowiecza zrobiona! No, ja p… – nie dokończył przekleństwa. Oni przecież zafundują sobie surową, kartoflaną masę, która ich tam wykończy jednego po drugim! Dobra, zbieramy się, chyba wiem, jak to ogarnąć.

Wskoczyli do ciężarówki, gdzie siedział już pan Sławek, jowialny, starszy pan z okolic Zamościa, może Strzyżów to był, może Hrubieszów, chyba Strzyżów, on cały czas o tych cebularzach nawijał, tam, koło starej cukierni, a nie, może tam, gdzie cmentarz na górce, tam po drodze, tam najlepsze można dostać. No, ale kierowca był nie od parady, nogę ciężką miał, więc już zasuwali w dółl przesmyku w stronę Netstal, miasteczka o nazwie niczym z Terminatora, co nadawało całej podróży cyberpunkowego posmaku. Krzysztof chwycił za telefon, wybrał numer i szybko połączył się  grupą partyzancką Uster Ost. Tam ogarnięci byli ludzie, mieli dostęp do helikopterów transportowych, a bez nich ani rusz, plan nie wypali.

– Gruci Uster Ost, będę potrzebował Waszego wsparcia. Rolf i jego grupa uderzyli na kartofle w Glarus, powtarzam, kartofle w Glarus. Przygotujcie śmigłowce, potrzebna cebula, mąka, dużo mąki, jajka, dużo jajek, odbiór. Macie sól? Powtarzam? Czy macie sól? A olej? Rzepakowy? Nie ma? Słonecznikowy? Ile? Dobra. Macie godzinę. Mersi filmol. Bez odbioru.

– Co się dzieje, Chris? – Annelise nadal nie potrafiła zrozumieć błędu Rolfa.

– To proste. Tradycyjne roesti wymaga ugotowanych kartofli! Nie wiem dlaczego Rolf tego nie przewidział! Jeśli użyją miotaczy na zwykłą kartoflaną breję, to mogą wywołać kolejne mutacje i nieprzewidzianą w skutkach tragedię. Nie da rady przerobić surowego kartofla na tradycyjne Roesti. Ale zamiast tego możemy zrobić z tego kartoflanego ścierwa…

– Mów, Chris, mów! – Annelise była coraz bardziej zniecierpliwiona.

PLACKI… polskie placki ziemniaczane. W momencie, gdy kartofle znajdą się w mielących je świdrach dokonamy zrzutu cebuli, która je oślepi, kilkaset jajek sklei je i zacznie paraliżować ich ruchy. Resztę dokończy mąka. Potem…

Krzysztof nie zdążył dokończyć, gdy przez szybę wpadł dużej wielkości kartofel i wyrastającymi ze skóry pnączami przyczepił się, niczym facehugger z filmu Obcy, do twarzy Annelise  by wyssać z niej siły życiowe. Krzysztof nie wahając się chwycił za przenośny, elektryczny blender, przystawił do skóry ziemniaka i przycisnął włącznik:

– Hasta la vista, baby!

Kartofel zasyczał, odczepił się od Annelise i upadł na podłogę. Chris przycisnął go butem i jeszcze mocniej wbił blender. Po chwili z kartofla zostały poszarpane kawałki miąższu i lejąca się po gumowym dywaniku samochowym posoka.

Annelise spojrzała na Krzysztofa i wybuchnęła płaczem.

– Spokojnie, jeszcze nie wszystko stracone – pocieszył ją Krzysztof. Polak potrafi.

Na łakę przed oszczyszczalną ścieków wpadli w ostatnim momencie. Rolf i jego ekipa zepchnęli wprawdzie kartofle do świdrów, ale zgodnie z przewidywaniami Krzysztofa, teraz mieli do czynienia z groźniejszym przeciwnikiem. Z potężnych komór ze świdrami wydobywała się ogromna, poszarpana masa, która swoimi kartoflanymi odnóżami wciągała kolejnych Szwajcarów do środka.

Podbiegł do Rolfa, a ten wyciągnał rękę na przywitanie. – Gottverdami, w ogniu walki stoisz, zaraz cię kartoflowy potwór zeżre, a ty ręka na przywitanie, wiegots, jak ci leci, może jeszcze siądziemy, jeszcze wypijemy sztangę lokalnego piwka, feldszluśsiena – irytacja Krzysztofa sięgała zenitu, ale podał rękę Rolfowi.

– Mam plan! Szykujcie miotacze ognia!

Rolf spojrzał na Chrisa i przytaknął. Po chwili on i kilkudziesięciu Szwajcarów ruszyło w stronę oczyszczalni, chwilę potem dołączyli do nich Polacy mieszkający i pracujący wcześniej na terenie kantonu. Uzbrojeni w miotacze czekali na sygnał Chrisa.

W międzyczasie nadleciały śmigłowce z Uster. Rozpoczęto zrzut.

W dół poleciały cebule i zaczęły łączyć się z kartoflaną masą, która zawyła z bólu i przerwała atak na partyzantów. Chwilę później żółtko i białko z jajek sparaliżowało jej ruchy, a masa opadła na dno zbiorników. W końcu przysypana mąką zasygła bez ruchu i jedynie powoli dyszała, próbując złapać oddech przez blokujące jej kartoflany naskórek cząsteczki mąki. Ostatni dwa śmigłowce zrzuciły sól, pieprz i wiadro oleju słonecznikowego.

– ODPALAJCIE! – krzyknął Chris i w tym momencie okolicę rozbłysła ogromna fala ognia.

Kilkadziesiąt ognistych języków wydobywających się z miotaczy ognia bezlitośnie smażyło szwajcarskie kartofle na złocistobrunatny kolor, aż do całkowitego ich unieruchomienia. Po kartoflanym mutancie pozostał jedynie potężny placek ziemniaczany.

Hopp Polen Hopp Schwiiz! – Szwajcarzy i Polacy jednocześnie zakrzyknęli w geście zwycięstwa.

– Chris… wygraliśmy… ale co teraz? – Annelise kucnęła obok Chrisa.

– Teraz – odpowiedział  – teraz wytropimy każdy możliwy szwajcarski kartofel, ziemniak czy pyrę.  Będziemy ich ścigać dzień i noc. Nie odpuścimy nikomu. Każdy z nich skończy jako polski placek ziemniaczany.

Oderwał kawałek z upieczonego właśnie wielkiego placka, wziął do ust i schrupał.

– Tylko następnym razem dopieprzymy nieco mocniej.

2 odpowiedzi do “Apetyt na Roesti”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *